Ishak stanął w obronie wygwizdanego Karlstroma. Mocne stanowisko kapitana Lecha o kibicach Djurgarden

Lech Poznań zameldował się wczoraj w ćwierćfinale Ligi Konferencji Europy. „Kolejorz” pokonał w rewanżu Djurgarden 3-0, jednocześnie wygrywając w dwumeczu aż 5-0. W trakcie spotkania doszło jednak do nieprzyjemnych sytuacji z udziałem kibiców gospodarzy. 

Wiele lat przyszło czekać polskim kibicom na awans ekstraklasowego klubu do ćwierćfinału europejskich rozgrywek. Lech pisze piękną historię i wkrótce pozna rywala w kolejnej fazie Ligi Konferencji.

Buczenie

„Kolejorz” w 1/8 zaprezentował się bardzo dobrze, punktując słabości Djurgarden. Finalnie podopieczni Van den Broma wygrali na wyjeździe 3-0. Spotkanie było szczególne dla Jesper Karlstroma, który grał w szwedzkiej ekipie przed transferem do Poznania. Ba, w Djurgarden był kapitanem.

Kibice nie przyjęli go jednak ciepło. Gdy w drugiej połowie pomocnik schodził z boiska, został wygwizdany i wybuczany. Sam przyznał, że było to dziwne uczucie.

– Dziwnie było być wygwizdanym. Chciałem okazać uznanie kibicom, bo wiele tu przeszedłem. Nie zdążyłem im podziękować po transferze, bo wybuchła pandemia. Rozumiem, że ludzie byli źli, ale szczerze mówiąc, to ich reakcja była dla mnie zaskakująca – przyznał Karlstrom. 

– Kocham Djurgardens. Chcę, żeby wygrywali wszystkie mecze poza tymi z nami. Starałem się okazywać szacunek klubowi, ale robiłem wszystko, żeby wygrać. Jeśli komuś to przeszkadza, to trudno. Ale myślę, że wiele osób i tak mnie tutaj docenia – dodał. 

Takie zachowanie kibiców Djurgarden nie spodobało się innemu Szwedowi z ekipy Lecha. Gorzko o reakcji fanów wypowiedział się Mikael Ishak. Kapitan „Kolejorza” nie krył rozczarowania sytuacją.

– Szczerze mówiąc, jestem bardzo rozczarowany kibicami Djurgardens. Mają dobrą reputację, a gdy przyjeżdża były kapitan, który odnosił z klubem sukcesy, to traktują go w ten sposób. Djurgardens nie co roku zdobywa mistrzostwo i puchar, by potem zapominać o takich zawodnikach. Nie było przyjemnie oglądać, gdy schodzi z boiska przy buczeniu – przyznał napastnik. 

Zamieszki przed rewanżem Napoli z Eintrachtem. Kibole demolują miasto [WIDEO]

Za niespełna godzinę Napoli podejmie Eintracht Frankfurt w drugim meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów. Tymczasem z Włoszech napływają nieprzyjemne informacje. Kibice gości zdążyli zetrzeć się z policją i zdemolować restaurację. 

Napoli w pierwszym meczu wygrało z Eintrachtem we Frankfurcie 2-0. W rewanżu to właśnie podopieczni Luciano Spallettiego ponownie są faworytami. Tym bardziej że od początku sezonu imponują formą i na razie nie zapowiada się, aby przytrafiła im się zadyszka.

Demolka

Do rewanżu dojdzie w środowy wieczór. Z Włoszech napływają, na razie wieści nie o samym meczu, a o zachowaniu niemieckich kibiców. Ultrasi Eintrachtu w ilości około 600 osób starli się z neapolitańską policją na Piazza del Gesu.

Przed interwencją funkcjonariuszy Niemcy zdążyli zdemolować restaurację. Podpalili także kilka aut przy użyciu rac. Pomagać im mają kibice Atalanty Bergamo, którzy są skonfliktowani z Napoli. Co ciekawe około 200 kibiców gospodarzy miało dążyć do konfrontacji, której zapobiegły służby, starające się ogarnąć powstały chaos.

Piątek w ogniu krytyki. Włoscy dziennikarze nie oszczędzają Polaka za jedną akcję

Krzysztof Piątek ponownie znalazł się na celowniku włoskich mediów. Polski napastnik zebrał kolejną falę krytyki za swój mecz. Tym razem oberwało mu się za grę przeciwko Milanowi, z którym Salernitana wyrwała cenny remis (1-1). 

27-latek od listopada czeka na przełamanie strzeleckiej niemocy. W bieżącym sezonie w Serie A strzelił zaledwie 3 gole, choć rozegrał aż 22 spotkania. Na koncie ma także 2 asysty.

Niegasnąca krytyka

Piątek jest w tym sezonie za to regularnie krytykowany przez włoskie media. Dziennikarze wyliczają mu zmarnowane sytuacje i „zagubienie” na boisku. Nie inaczej było w meczu z Milanem, który Polak zaczął na ławce.

Napastnik pojawił się na murawie San Siro dopiero w 56. minucie, a w końcówce meczu mógł zdobyć bramkę. Jego strzał obronił jednak Mike Maignan. W doliczonym czasie ponownie znalazł się w dogodnej sytuacji, tym razem do podania. Kompletnie pogubił się jednak przy wyprowadzaniu kontrataku, a Salernitana straciła szansę na sensacyjne zwycięstwo.

– Mecz skończył się wynikiem 1:1 także dlatego, że Piątek bardzo słabo przeprowadził kontratak, w którym uczestniczyło więcej piłkarzy Salernitany niż Milanu – komentowali dziennikarze „Il Giorno”.

– Poślizgi w kluczowych momentach. W 82. minucie Maignan zatrzymał Piątka, który źle rozprowadził ostatnią akcję. W sytuacji trzech na jednego zagrał niecelnie – dodało także salernitananews.it.

Chelsea nie zamierza się zatrzymywać. Kolejny wielki transfer wisi w powietrzu

Chelsea po swoich zimowych zakupach nie zamierza się zatrzymywać. Według Floriana Plettenberga ze „Sky Sports” londyńczycy szykują kolejny wielki transfer. Po sezonie do klubu ma trafić Christopher Nkunku. 

Od momentu przejęcia ekipy ze Stamford Bridge, Todd Boehly wydał już na transfery aż 500 mln euro. Zimą Chelsea dokonała wielu wzmocnień. Nie wszystkie okazały się jednak trafione. Do stolicy Anglii trafił między innymi Mudryk czy Enzo Fernandez.

Kolejne miliony?

Na tym jednak zapędy Chelsea się nie kończą. Florian Plettenberg ze „Sky Sports” poinformował, że do „The Blues” po zakończeniu sezonu dołączy Christopher Nkunku. Francuz już kilka miesięcy temu był łączony z przenosinami do tego klubu.

Za gwiazdę RB Lipsk londyńczycy mają zapłacić 60 mln euro, a jego kontrakt ma obowiązywać przez wiele lat. Oficjalne ogłoszenie transferu powinno nastąpić po zakończeniu trwających rozgrywek.

25-latek w tym sezonie strzelił 17 goli i zanotował 5 asyst w 27 występach dla RB Lipsk. Jeśli przełoży formę na Premier League, to Chelsea może mówić o ogromnym wzmocnieniu.

FC Barcelona może stracić Gaviego! Giganci chcą wykorzystać problemy klubu

Przyszłość Gaviego w FC Barcelonie jest niepewna. La Liga skrupulatnie utrudnia zarejestrowanie 18-latka w pierwszej drużynie Blaugrany. Zamieszanie chcą wykorzystać dwa kluby z Premier League. 

Gavi od dawna wzbudza kontrowersje. Chodzi konkretnie o kontrakt młodego pomocnika FC Barcelony. Władze ligi hiszpańskiej nie chciały się zgodzić na zarejestrowanie piłkarza przez narzucone limity płac. Kilka miesięcy temu Katalończycy ogłosili co prawda przedłużenie jego umowy, jednak sprawa wciąż nie została zakończona.

W styczniu działacze Barcelony złożyli wniosek do sądu o ustanowienie środka zapobiegawczego. Pozwoliło to na zarejestrowanie zawodnika, jednak wczoraj sytuacja uległa zmianie. Według „Relevo” klub spóźnił się z przesłaniem odpowiednich dokumentów.

Wykorzystać zawirowanie

Z powodu całego zamieszania obecna umowa Gaviego może zostać anulowana. Spowoduje to natomiast powrót do jego poprzedniego kontraktu, który obowiązywał, gdy jeszcze grał w rezerwach. Tutaj pojawia się problem – jej ważność obowiązuje tylko do końca bieżącego sezonu.

Według „The Times” całe zawirowania bacznie obserwują działacze Manchesteru City i Liverpoolu. Oba kluby trzymają rękę na pulsie i chcą wkroczyć do walki o 18-latka, jeśli FC Barcelona nie dogada się z sądem i La Ligą.

Blaugrana naturalnie nie chce stracić Gaviego, który od kilku miesięcy jest jednym z najważniejszych zawodników. W tym sezonie wystąpił w 36 meczach, w których strzelił 2 gole i dołożył 5 asyst.

Bayern interesował się Rafałem Gikiewiczem. „To było realne”

Transfer Rafała Gikiewicza do Bayernu Monachium faktycznie był w planach Bawarczyków. Roman Kołtoń opowiedział o szczegółach sytuacji, której był świadkiem przy okazji finału Ligi Europy (Villarreal – Manchester United). 

Gikiewicz wyrobił sobie uznaną markę w Niemczech. Golkiper u naszych zachodnich sąsiadów gra od 2014 roku, gdzie reprezentował początkowo barwy Eintrachtu Brunszwik. Następnie występował we Freiburgu i Unionie Berlin. Obecnie natomiast broni dostępu do bramki Augsburga.

Mógł trafić do Monachium

Jakiś czas temu pojawiało się sporo informacji o zainteresowaniu Gikiewiczem dużo mocniejszych klubów. Wśród nich miał być Bayern Monachium. Finalnie takiego transferu nigdy nie zobaczyliśmy, ale według Romana Kołtonia faktycznie ten temat przewijał się w głowach działaczy Bawarczyków.

– Przez przypadek byłem świadkiem, jak Artur Wichniarek odebrał telefon od Hasana Salihamidzicia. To było przy okazji finału Ligi Europy między Manchesterem United a Villarrealem – wyjawił dziennikarz w programie „International Level” na antenie meczyki.pl na YouTube. 

– Artur odebrał od Hasana i z nim dyskutował. To wtedy nie wypłynęło, później „Giki” się tym pochwalił. To zainteresowanie było realne. Szukali bramkarza, który byłby wartościowym zmiennikiem Manuela Neuera – dodał.

Wstydliwa akcja Kamila Jóźwiaka. Polak wyśmiewany w USA za swoje zagranie [WIDEO]

Kamil Jóźwiak nie może mówić, że znajduje się obecnie w dobrej formie. Ba, Polak stał się w ostatnim czasie pośmiewiskiem w MLS. Na Twitterze coraz większą popularność zdobywa filmik ze wstydliwą akcją skrzydłowego z ostatniego meczu Charlotte. 

24-latek cieszy się dużą dozą zaufania od początku bieżącego sezonu MLS. Nie przekłada tego jednak na liczby. W trzech spotkaniach nie zaliczył ani gola, ani asysty. Co więcej, za oceanem do tej pory w 22 występach zaliczył zaledwie 3 asysty.

Wstydliwa akcja

Jóźwiak jest często krytykowany w amerykańskich mediach. Oliwy do ognia dolał teraz Matthew Doyle, który jest analitykiem MLS. Zamieścił on na Twitterze nagranie z ostatniego meczu Charlotte FC z Atlantą (0-3). Obnaża ono bardzo słabą formę fizyczną Polaka, który nie mógł dobiec do piłki… przy wyprowadzaniu własnej akcji.

 

Robert Lewandowski zupełnie bez formy. Fatalny błąd we wczorajszym meczu [WIDEO]

Robert Lewandowski przeżywa obecnie gorszy okres po przejściu do FC Barcelony. Podczas ostatniego spotkania z Athletic Bilbao Polak ponownie nie zdobył bramki, choć miał ku temu dobrą okazję. 

FC Barcelona wygrała wczoraj z baskijskim klubem 1-0 po trafieniu Raphinhi. Brazylijczyk do siatki trafił w doliczonym czasie pierwszej połowy. Blaugrana mogła prowadzić dużo wcześniej.

W 17. minucie blisko wyprowadzenia swojej drużyny na prowadzenie był Robert Lewandowski. Polak dostał kapitalne podanie od Frenkiego de Jonga i wybiegł na czystą sytuację. Znajdując się „sam na sam” z bramkarzem popełnił jednak prosty błąd, po którym piłka odskoczyła mu zbyt daleko. Następnie futbolówka znalazła się bezpiecznie w rękach Julena Agirrezabali.

Kosowski podtrzymuje zdanie o „pucharze biedronki”. Nie zamierza cofać słów

Kilka dni temu szerokim echem odbiły się słowa Kamil Kosowskiego o Lidze Konferencji Europy, którą nazwał „pucharem biedronki”. Były piłkarz oznajmił, że nie zamierza się tłumaczyć ze swojej wypowiedzi. Jednocześnie podtrzymuje swoje zdanie. 

Lech Poznań świetnie prezentuje się w Lidze Konferencji. „Kolejorz” zagra wkrótce z Djurgarden rewanż o awans do ćwierćfinału rozgrywek (pierwszy mecz wygrali 2-0). Wcześniej mistrzowie Polski wyeliminowali już Bodo/Glimt, zwyciężając 1-0.

Po pokonaniu Norwegów głośno zrobiło się o Kamilu Kosowskim, który deprecjonował ten sukces. 45-latek nazwał Ligę Konferencji „pucharem biedronki” i stwierdził, że wolałby oglądać poznaniaków w Lidze Europy.

– Chciałbym, żeby Lech jednak grał w Lidze Europy, a nie w Pucharze Biedronki. No bo jak popatrzymy, to ten puchar Konferencji… gra siódma ekipa z Anglii, szósta, czy siódma z Hiszpanii, itd. Wydaje mi się, że jesteśmy krajem z dobrymi stadionami i budżetami. Dla polskich klubów Liga Europy powinna być minimum – mówił dwa tygodnie temu. 

Stanowisko podtrzymane

Fala krytyki, jaka spadła na Kosowskiego po tej wypowiedzi nie zmieniła jego zdania na ten temat. 45-latek ponownie pojawił się w „Mocy Futbolu” na antenie „Kanału Sportowego” i zaznaczył, że podtrzymuje swoje słowa. Co więcej, nie zamierza się z nich tłumaczyć.

– Ja nie mam się z czego tłumaczyć. Swoje zdanie absolutnie podtrzymuję i dalej go będę bronił. Zgadzam się ze „Smokiem” [Tomasz Smokowski przyp. red.], nie powiedziałem słowa nt. Lecha Poznań jako klubu, który jest słabo zarządzany, o kibicach czy piłkarzach Lecha, że są słabi. To samo powiem w przyszłym roku, jeśli będę miał możliwość i będzie taka sama sytuacja – powiedział Kosowski. 

– Miejsce mistrza Polski, akurat teraz Lecha Poznań, nie powinno być w Pucharze Konferencji. My powinniśmy grać albo w Lidze Mistrzów, ewentualnie w Lidze Europy – dodał.

– Kibicuję Lechowi, oglądałem mecz. W 1/8 dostali słabszego przeciwnika niż w 1/16, więc oby sen Lecha trwał dalej, bo dla zwycięzcy jest Liga Europy – podkreślił na zakończenie były zawodnik.

W 1/8 finału LKE Lech pokonał Djurgarden 2-0. Do rewanżu dojdzie 16 marca, tym razem w Szwecji.

Były reprezentant Polski uderza w Mielcarskiego. Mocne stanowisko

Paweł Kryszałowicz mocno wypowiedział się o pomyśle pracy Grzegorz Mielcarskiego z Fernando Santosem. Były kadrowicz dziwi się PZPN-owi. 

Od początku pracy Fernando Santosa najwięcej kontrowersji tworzy polski asystent, który ma pojawić się w sztabie Portugalczyka. Początkowo miał być nim Tomasz Kaczmarek lub Łukasz Piszczek, jednak finalnie z obu zrezygnowano. Najpewniej zostanie nim Grzegorz Mielcarski, którego popiera sam Santos. Nie każdemu się to jednak podoba.

„Nie jest trenerem”

Przeciwny kandydaturze Mielcarskiego jest między innymi Paweł Kryszałowicz. Były reprezentant Polski nie gryzł się w język i stanowczo skomentował sprawę.

– Mam wrażenie, że Santos nie jest do końca przychylny polskim trenerom i nie chce mieć ich w swoim sztabie. Co do Grzegorza, to nie powinniśmy o nim w ogóle rozmawiać w tym kontekście. Cenię jego znajomość futbolu i fachowość, ale Grzegorz nie jest trenerem. Jest świetnym komentatorem i ekspertem, w tej roli odnajduje się znakomicie, ale nie jest trenerem i nigdy nim już raczej oficjalnie nie będzie. Nigdy nie prowadził żadnej drużyny, więc w ogóle nie rozumiem, dlaczego jest brany pod uwagę – stwierdził dla tvpsport.pl.

– Chodzi o to, żeby w przyszłości polski trener mógł skorzystać z wiedzy Santosa. Jeżeli jego asystentem zostanie Grzegorz, a tak się raczej stanie, to przecież on nie skorzysta z warsztatu tego szkoleniowca. Zapewne już nigdy więcej nie będzie pracował w takiej roli, a już na pewno nie będzie samodzielnym trenerem. Podsumowując, żeby być asystentem trzeba mieć uprawnienia, a wymarzony kandydat Santosa ich nie ma. Dziwię się, że PZPN na to pozwala. Marnuje się w ten sposób potencjał Santosa, bo prawdziwy polski trener mógłby skorzystać z jego wiedzy – dodał.

Syn legendy angielskiej piłki stanął w obronie ojca. „To dobry człowiek, jestem dumny”

Garry Lineker znajduje się obecnie na cenzurowanym w Anglii. Były piłkarz został odsunięty od prowadzenia „Match of the Day” po burzy, jaką wywołał na Twitterze. W obronie 62-latka stanął jego syn, George. 

Lineker skrytykował dłuższy czas temu postawę brytyjskie rządu w kwestii uchodźców. Wywołał tym samym ogromną aferę w kraju, a jego opinie wygłaszane na Twitterze nie spodobały się między innymi „BBC”. Władze telewizji odsunęły w odpowiedzi 62-latka od prowadzenia kultowego „Match of the Day”.

Ciąg dalszy

Anglikowi zarzucano wówczas, że wypowiada się w tematach, w których nie ma wystarczającej wiedzy. Nie spodobało się to między innymi środowisku torysów. Pojawiały się również głosy, że jeśli Lineker chce pomagać uchodźcom, to powinien robić to we własnym zakresie. Jak się okazuje – już to robił.

– Tata to dobry mężczyzna, dobry człowiek, jestem dumny, że broni swojego zdania (…) Przyjął dwóch uchodźców, jest z nimi w kontakcie i nadal stara się pomagać – oznajmił syn byłego piłkarza, George. 

– To wiele dla niego znaczy, aby pomagać ludziom, których jedyną nadzieją jest ucieczka z kraju, mając jedynie ubrania na sobie. To dlatego jest tak stanowczy – tłumaczył w „The Mirror”.

– Czy wróci do MOTD? Tak sądzę – on kocha ten program. Ale nie odwróci się od swoich słów – zakończył.

Lineker w całej sprawie nie zabrał głosu do tej pory. Dziennikarze natomiast regularnie dopytują go, jak toczy się spór z „BBC”. 62-latek podkreślał już wielokrotnie, że na razie nie może się wypowiadać.

Niespodziewane zwolnienie trenera w Ekstraklasie. „W kilku klubach robi się nerwowo”

Niebawem może dojść do kolejnej zmiany szkoleniowca w Ekstraklasie. Tomasz Włodarczyk z portalu meczyki.pl ustalił, że pozycja Adama Majewskiego w Stali Mielec jest coraz bardziej chwiejna. Zarząd podobno rozważa zmianę trenera. 

Do tej pory Majewski był uznawany za cenionego w Mielcu fachowca. Zbierał bardzo dobre oceny, a w większości uważano, że dokonywane wyniki były ponad stan. Z początkiem roku passa się jednak skończyła, a Stal nie może wrócić na dobre tory. W ostatnich siedmiu meczach drużyna zdobyła dwa punkty, remisując z Lechem Poznań i Rakowem Częstochowa (oba spotkania po 0-0).

Karuzela

Stal ma największe problemy w kwestii skuteczności. Od odejścia Saida Hamulicia do Ligue 1 zarządowi nie udało się go zastąpić. Przełożyło się to na wyniki. Drużyna Majewskiego zdobyła zaledwie jednego gola w bieżącym roku.

W ostatnim spotkaniu z Legią Warszawa (0-2) także nie udało im się umieścić piłki w siatce, choć okazji ku temu było sporo. Tak czy inaczej, porażka z „Wojskowymi” może oznaczać wiatr zmian w Mielcu. Tomasz Włodarczyk z portalu meczyki.pl podaje, że zarząd Stali rozważa zwolnienie 49-letniego szkoleniowca.

– Piąta porażka w tym roku na siedem ligowych kolejek. Stal Mielec podłączona do walki o utrzymanie. Klub rozważa rozstanie z Adamem Majewskim – napisał dziennikarz na Twitterze. 

– Nie ma Hamulicia. Nie ma skuteczności. Stal nie wygląda jakoś tragicznie. Pytanie czy jeszcze starczy cierpliwości. Ścisk w tabeli spowodował, że w kilku klubach robi się bardzo nerwowo – dodał w kolejnym wpisie. 

Stal zajmuje obecnie 10. miejsce w tabeli Ekstraklasy. Nad strefą spadkową mają zaledwie czteropunktową przewagę.

Mikel Arteta ocenił debiut Kiwiora. „Nie wiem, co to było. Daliśmy im nadzieję”

Jakub Kiwior ma za sobą debiut w barwach Arsenalu. Polak nie może zaliczyć go jednak do szczególnie udanych. Jedynym pozytywem w jego grze były bardzo dokładne i precyzyjne podania. Do występu młodego zawodnika odniósł się Mikel Arteta. 

Początki Kiwiora w drużynie „Kanonierów” nie są najłatwiejsze. Do tej pory Polak grywał głównie w młodzieżowym zespole i trudno oczekiwać, że ten stan rzeczy ulegnie zmianie (przynajmniej w Premier League). Wczoraj dostał jednak szansę gry w Lidze Europy.

„Nie wiem, co to było”

23-latek zanotował nie najlepszy występ i był zamieszany w utratę jednej z bramek, kiedy nie zrozumiał się z bramkarzem. Do występu Kiwiora odniósł się Mikel Arteta. Hiszpan nie krył, że takie sytuacje nie powinny mieć miejsca.

– Nie wiem, co to było. Wydarzyło się w ułamku sekundy, ale na pewno w tej sekundzie nie można zostawiać zawodnika bez krycia – powiedział szkoleniowiec Arsenalu. 

– Daliśmy im nadzieję, przede wszystkim dzięki piłkom, które traciliśmy na własnej połowie. Obrona stałych fragmentów gry to coś, co musimy poprawić natychmiast, jeśli chcemy wygrywać mecze – dodał.

EkstraklasaTrolls.pl
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.