Co u rywali? Reprezentacja Meksyku

Za kilka miesięcy w Katarze rozpoczną się mistrzostwa świata w piłce nożnej. Reprezentacja Polski zmierzy się z Meksykiem, Arabią Saudyjską i Argentyną. Szczególnie mecz z tym pierwszym rywalem będzie bardzo ważny, w kontekście dalszej gry „Biało-Czerwonych” na mundialu. Na papierze obie drużyny wyglądają solidnie i wydają się stać na podobnym poziomie. Jednak czy aby na pewno? Razem z LV BET zapraszamy Was na serię „Co u rywali”? W której opisujemy aktualną sytuację naszych mundialowych rywali. 

Meksyk to zdecydowanie ekipa, która nie może mówić o sobie w samych superlatywach. W czerwcu zanotowali kiepskie wyniki, przegrywając z Urugwajem 0-3, lub remisując z Ekwadorem 0-0. Choć lepiej ich gra wyglądała w meczu Ligi Narodów CONCACAF (3-0 z Surinamem i 1-1 z Jamajką), to wiele entuzjazmu w serca kibiców to nie wlało. Przede wszystkim dlatego, że nie byli to rywale z najwyższej półki.

Zerkając na sytuację u naszych rywali warto jednak cofnąć się do drogi, jaką Meksyk musiał do samego mundialu przejść. Awans wywalczyli zajmując „dopiero” 2. miejsce w swojej grupie. Choć oczywiście nie powinno być to traktowane, jako powód do niezadowolenia, to kibice „El Tri” uważają inaczej. Do podobnego wniosku doszedł także Tata Martino, selekcjoner Meksyku. W końcowym rozrachunku naszych mundialowych rywali w tabeli wyprzedziła jedynie Kanada, a więc wielka sensacja tamtejszych eliminacji.

Przełamanie klątwy

Meksyk skupia się już jednak wyłącznie na mundialu w Katarze. Na nadchodzących mistrzostwach Tata Martino chce wyłącznie jednego – przełamania klątwy 1/8 finału. Od czempionatu w 1994 roku Meksyk nigdy nie zdołał awansować do ćwierćfinału. Samemu selekcjonerowi udawało się już dojść do tej fazy, chociażby z Paragwajem na mistrzostwach w RPA.

Nie będzie to jednak zadanie proste. Meksyk znajduje się w kiepskiej formie, co potwierdzają wyniki czerwcowych meczów. Co więcej, w tamtejszych mediach już od kilku miesięcy trwają dyskusje dotyczące przyszłości kadry. Wiele meksykańskich osobistości nie jest fanem samego Taty Martino, jednak były szkoleniowiec FC Barcelony sam nie zamierza podać się do dymisji.

Odstawieni weterani

Selekcjoner nie przyniósł sobie wielu zwolenników, gdy po aferze z 2019 roku zdecydował się odsunąć od reprezentacji Javiera Hernandeza. Napastnik od tamtej pory znalazł się na „czarnej liście” Taty Martino i nie jest przez niego powoływany na zgrupowania. Trudno założyć, aby pojawił się także na mundialu, a jego brak widać w grze Meksyku. Sam zawodnik wciąż wierzy jednak, że w końcu ponownie założy koszulkę „El Tri”.

Inną gwiazdą, której nie zobaczymy na mistrzostwach będzie także Carlos Vela. Jakiś czas temu piłkarz Los Angeles FC zrezygnował z gry w reprezentacji z powodów osobistych.

Będą gwiazdorzy

Choć Tata Martino nie będzie miał do dyspozycji wspomnianej dwójki, to na pewno powoła inny duet. Sporo szumu mogą narobić Hirving Lozano w towarzystwie Jesusa Corony. Szczególnie ten drugi potrafi nie raz zachwycić stadiony, na których występuje i szokować efektywnością swoich zagrań.

Nie można oczywiście zapomnieć o Guillermie Ochoa. Golkiper CF America na każdym mundialu, na którym występuje potrafi osiągnąć niesamowity poziom i bronić piłki, które wydają się wprost nie do obronienia.

Liderem kadry na mundialu prawdopodobnie zostanie natomiast Hector Herrera, który do niedawna reprezentował barwy Atletico Madryt. Obok niego dużą rolę powinien odegrać także Andres Guardado, dla którego mistrzostwa w Katarze będą już piątym mundialem w karierze.

Udawana Polska

Obecnie trudno wyrokować, jak potoczy się rywalizacji Meksyku z Polską na mundialu. Tuż przed startem czempionatu otrzymamy jednak pewne odpowiedzi. 16 listopada „El Tri” zmierzą się w swoim ostatnim sprawdzianie ze Szwecją. Skandynawowie mają niejako „udawać” Polskę, która będzie jedynym europejskim rywalem Meksyku w najbliższym czasie.

Mistrz, mistrz Kolejorz. Wielkie świętowanie w Poznaniu [REPORTAŻ]

Lech Poznań został mistrzem Polski w sezonie 2021/22. Kolejorz zdominował ligowe rozgrywki mimo sporej konkurencji ze strony Rakowa Częstochowa i Pogoni Szczecin. Wybrałem się na ostatni mecz sezonu, a później na mistrzowską fetę, aby opisać kulisy tego zdarzenia, na które czekało wielu Wielkopolan.

Nieudany finał Pucharu Polski

Po finale Pucharu Polski wielu skazywało Lecha Poznań na pożarcie. Kolejorz jednak znów zagrał na nosie niedowiarków – zupełnie jak w 2015, kiedy też przegrał na PGE Narodowym z Legią Warszawa, a następnie wygrał tytuł mistrzowski.

Lech Poznań skrzętnie wykorzystał potknięcia Rakowa Częstochowa z Cracovią (1:1) oraz Zagłębiem Lubin (0:1). Kolejorz zapewnił sobie mistrzostwo w 33. kolejce sezonu PKO BP Ekstraklasy. Niebiesko-Biali zanotowali imponującą serię liczącą sześć zwycięstw z rzędu od 16 kwietnia.

Wyjątkowy sezon

To mistrzostwo smakowało wyjątkowo, ponieważ każdy zdawał sobie sprawę z presji, jaka ciąży na klubie w związku ze stuleciem istnienia. Piłkarze, zarząd i trener jednak podołali, a kibice mieli powody do świętowania podczas fety na Międzynarodowych Targach Poznańskich.

Przypomnijmy, że początek sezonu w wykonaniu Lecha Poznań nie był zbyt kolorowy. Kolejorz przystępował do rozgrywek ligowych po fatalnym sezonie (Niebiesko-Biali skończyli na 11. miejscu w PKO BP Ekstraklasie – przyp. red.). Kibice na początku kampanii bojkotowali domowe spotkania i stawiali żądania. Domagano się m.in. zwolnienia dyrektora sportowego Tomasza Rząsy. Ostatecznie ultrasi wrócili na trybuny i wspomagali swoją ukochaną drużynę.

Ostatni mecz sezonu

W ostatnim spotkaniu kampanii 2021/22 w Ekstraklasie Lech Poznań podejmował u siebie Zagłębie Lubin. Miedziowi byli już pewni utrzymania, a Kolejorz wiedział, że będzie mistrzem. Wśród kibiców można było usłyszeć przewidywania o sparingowej atmosferze. Druga połowa faktycznie nie należała do najciekawszych, jednak Lech i tak usatysfakcjonował swoich fanów, wygrywając 2:1.

Fanatycy Niebiesko-Białych zaprezentowali podczas spotkania dwie oprawy:

Ceremonia

Wręczanie medali piłkarzom nie było niczym nadzwyczajnym, jednak największym odstępstwem podczas ceremonii były gwizdy na władze klubu. Do kibiców dotarły również plotki o potencjalnych przenosinach Pedro Tiby do Legii Warszawa. „Kocioł” przedstawił swoje zdanie na ten temat, skandując przyśpiewki wymierzone w stołeczny klub podczas odbierania medalu przez Portugalczyka.

Po podniesieniu trofeum piłkarze Lecha Poznań chwilę poświętowali, jednak później część kibiców wtargnęła na murawę. Niedługo potem, zawodnicy Kolejorza się schowali i oczekiwali na zejście fanatyków z boiska. Spiker nawoływał do powrotu na trybuny, co się udało zrealizować po kilkunastu minutach.

Przedstawiciele „Kotła” zaprosili później do siebie piłkarzy. Mikael Ishak oraz Filip Bednarek pojawili się na trybunie najbardziej zagorzałych fanów Kolejorza. Część kibiców opowiedziała mi również o tym, że doszło także do rozmowy pomiędzy Pedro Tibą a osobą prowadzącą doping. Portugalczyk miał mieć łzy w oczach.

Feta na MTP

Wiele osób obawiało się, czy w ogóle wejdzie na mistrzowską fetę z uwagi na ograniczone miejsca na Placu św. Marka. Okazało się jednak, że przestrzeni było dość sporo i każdy mógł znaleźć kawałek dla siebie. Jedynym problemem było duże opóźnienie autobusu z piłkarzami Lecha. Według doniesień Radosława Nawrota z portalu Interia Sport, niecierpliwi kibice stopniowo opuszczali obiekt Międzynarodowych Targów Poznańskich.

Zawodnicy Kolejorza pojawili się dopiero około północy:

Jednym z pierwszych mówców był Bartosz Salamon. Obrońca Lecha Poznań zapowiedział, że Kolejorz w następnym sezonie zamierza powtórzyć ten sam wyczyn, aby znów w maju spotkać się z kibicami na mistrzowskiej fecie. Podobnego zdania byli inni piłkarze. Chwilowym wodzirejem był Filip Bednarek, który po kolei wywoływał nazwiska piłkarzy do skandowania.

Po pewnym czasie do głosu doszedł również Jakub Kamiński, który wraz z końcem sezonu odejdzie do Wolfsburga. Młody skrzydłowy zapowiedział, że nie mówi kibicom Lecha Poznań „żegnam” a „do zobaczenia”. To może oznaczać, że wychowanek Niebiesko-Białych wróci do Poznania pod koniec swojej kariery (prezesi Lecha Poznań po odejściu wychowanków zawierają dżentelmeńską umowę, że ci wrócą do klubu jako bardziej doświadczeni zawodnicy – przyp. red.).

Niedługo później piłkarze Kolejorza zaproponowali kibicom świętowanie w rytmie piosenki „Freed from desire”. Bartosz Salamon zwrócił uwagę na to, żeby zmienić słowa na „Milić on fire” (w nawiązaniu do obrońcy Lecha – przyp. red.). Następnie zagrano ponownie ten sam utwór, jednak z nawiązaniem do Mikaela Ishaka.

Mistrzowska feta zakończyła się wspólnym odśpiewaniem „We Are the Champions”, a później kibice i piłkarze poszli świętować dalej…

Ich zabrakło na marcowym zgrupowaniu. Kto powinien otrzymać szansę w najbliższych meczach Ligi Narodów?

W czerwcu do gry wróci reprezentacja Polski. Podczas najbliższego zgrupowania zespół prowadzony przez Czesława Michniewicza rozegra 4 mecze w Lidze Narodów. Stworzyliśmy listę piłkarzy, którzy nie pojawili się na ostatnim zgrupowaniu, a powinni otrzymać szansę w reprezentacji w najbliższych meczach.

Sezon 2021/2022 powoli dobiega końca. Kiedy już poznamy rozstrzygnięcia w najważniejszych klubowych rozgrywkach w Europie, rozpocznie się przerwa reprezentacyjna. Piłkarze, zanim jednak udadzą się na urlopy, zjawią się jeszcze na zgrupowaniu swoich drużyn narodowych. W czerwcu w Europie rozgrywane będą mecze w ramach Ligi Narodów. Uczestnictwo w tych rozgrywkach jest dobrą okazją dla selekcjonerów, do przetestowania nowych rozwiązań taktycznych oraz piłkarzy, którzy wcześniej nie odgrywali znaczących roli w swoich zespołach. Z punktu widzenia reprezentacji Polski rywalizacja na tle silnych europejskich reprezentacji będzie dobrym przetarciem przed nadchodzącymi na jesieni finałami Mistrzostw Świata.

Zapowiedź Ligi Narodów

Przed nami trzeci sezon Ligi Narodów. Reprezentacja Polski po raz trzeci będzie rywalizować w dywizji „A”. W inauguracyjnym sezonie 2018/2019 Polacy mierzyli się w grupie z Portugalią oraz Włochami. Biało-Czerwoni w czterech meczach uzbierali zaledwie dwa punkty i zakończyli zmagania na ostatnim miejscu. W sezonie 2020/2021 rozszerzono skład grup do czterech zespołów. Tym razem Polacy rywalizowali z Bośnią i Hercegowiną, Holandią oraz Włochami. W sześciu meczach podopieczni Jerzego Brzęczka uzbierali siedem punktów i tym samym zajęli trzecie miejsce w grupie, wyprzedzając jedynie Bośnię i Hercegowinę. W nadchodzącym sezonie 2022/2023 Polacy ponownie zmierzą się z ciekawymi, a zarazem mocnymi rywalami. Poza reprezentacją Polski w 4. grupie dywizji „A” Ligi Narodów znalazły się także Holandia, Belgia oraz Walia. Każdy zespół rozegra w sumie po sześć spotkań. Cztery z nich zostaną rozegrane już w czerwcu.

Terminarz reprezentacji Polski w Lidze Narodów 2022/2023:

  • Polska-Walia | 01.06.2022. godz. 18:00
  • Belgia-Polska | 08.06.2022. godz. 20:45
  • Holandia-Polska | 11.06.2022. godz. 20:45
  • Polska-Belgia | 14.06.2022. godz. 20:45
  • Polska-Holandia | 22.09.2022. godz. 20:45
  • Walia-Polska | 25.09.2022. godz. 20:45

Nicola Zalewski

Jednym z piłkarzy, jakich chcą zobaczyć kibice reprezentacji Polski na najbliższym zgrupowaniu, bez wątpienia jest Nicola Zalewski. 20-latek do tej pory rozegrał jedno spotkanie w seniorskiej reprezentacji Polski. Debiut Zalewskiego przypadł na zeszłoroczny mecz w eliminacjach do Mistrzostw Świata przeciwko reprezentacji San Marino. Wówczas Zalewski pojawił się na boisku w drugiej połowie, zastępując Tymoteusza Puchacza na lewym wahadle. Piłkarz Romy rozegrał 24 minuty i w tym czasie zdołał nawet zanotować asystę przy bramce Adama Buksy.

Występ w młodzieżówce

Zalewskiego zabrakło na marcowym zgrupowaniu seniorskiej reprezentacji Polski. W tym samym czasie pojawił się jednak na zgrupowaniu reprezentacji do lat 21. Walcząca o awans na Mistrzostwa Europy U-21 drużyna Macieja Stolarczyka mierzyła się z reprezentacjami Izraela i Węgier. Oba te spotkania nie potoczyły się po myśli Biało-Czerwonych, gdyż oba zakończyły się remisem. Jeśli chodzi o Nicolę Zalewskiego, to wystąpił on w obu tych spotkaniach w wyjściowym składzie, jednak żadnego nie udało mu się dograć do końca.

Przełomowy sezon

Sezon 2021/2022 śmiało można nazwać mianem „przełomowego” jeśli chodzi o pozycję Nicoli Zalewskiego w AS Romie. Jose Mourinho od dłuższego czasu powtarzał, że w Zalewskim drzemie ogromny potencjał. W sierpniu Mourinho przekazał Nicoli, że będzie na niego stawiał. Na początku tego sezonu słowa portugalskiego szkoleniowca nie miały jednak odzwierciedlenia w rzeczywistości. Do końca 2021 roku Mourinho postawił na Zalewskiego w zaledwie pięciu meczach – za każdym razem był to występ po wejściu na boisko z ławki rezerwowych. Prawdziwy przełom nastąpił w lutym 2022 roku. 19 lutego Zalewski rozegrał 45 minuty przeciwko Hellasowi Verona w Serie A. Od tego momentu Mourinho regularnie stawia na Polaka. Licząc od meczu z Hellasem, Zalewski zagrał w 14 z 16 meczów AS Romy, zbierając przy tym wiele pozytywnych recenzji. Warto zauważyć, że Mourinho nie tylko wychwala Zalewskiego, ale także broni go przed krytyką, kiedy zdarzy mu się słabszy występ. Tak też było po meczu przeciwko Udinese.

Spotkanie z selekcjonerem

Ostatnio do Rzymu udał się selekcjoner reprezentacji Polski, Czesław Michniewicz. Można zatem stwierdzić, że Zalewski jest bliżej, niż dalej powołania do drużyny narodowej. W jednym z wywiadów selekcjoner zdradził także, że planuje spotkać się z Jose Mourinho.

Gabriel Slonina

Jeszcze rok temu niewiele osób słyszało o kimś takim jak Gabriel Slonina. Nie ma się co dziwić, skoro piłkarz występujący na pozycji bramkarza zadebiutował w seniorskiej piłce dopiero 5 sierpnia 2021 roku w meczu ligi MLS przeciwko New York City. Slonina zyskał rozgłos głównie dzięki swojemu szybkiemu rozwojowi pomimo młodego wieku. W chwili debiutu miał 17 lat, 2 miesiące i 21 dni. W swoim premierowym sezonie rozegrał 11 spotkań, czterokrotnie zachowując czyste konto.

Walka z USA

Choć Slonina urodził i wychował się w Stanach Zjednoczonych, to ma on polskie korzenie i dobrze mówi w języku polskim. Temat powołania 17-latka do polskiej reprezentacji jest grzany przede wszystkim dlatego, by wygrać wyścig z reprezentacją USA. 17-letni bramkarz występował w młodzieżowych drużynach narodowych USA. W grudniu 2021 roku otrzymał nawet powołanie do seniorskiej reprezentacji USA, jednak do tej pory nie zdążył w niej zadebiutować.

Spotkanie z Michniewiczem

W ostatnich tygodniach podróż po USA zrobił sobie Czesław Michniewicz, który odwiedził i spotkał się z potencjalnymi kadrowiczami. Michniewicz znalazł także czas na spotkanie i rozmowę z Gabrielem Sloniną. 17-latek otrzymał od selekcjonera w ramach prezentu koszulkę reprezentacji Polski. Slonina przyznał, że poczuł wówczas ciarki na ciele.

Powołanie

Powołanie dla Gabriela Sloniny na najbliższe zgrupowanie polskiej kadry jest już niemal pewne. Przed kilkoma dniami selekcjoner Czesław Michniewicz w programie „Moc Futbolu” przekazał, że Slonina otrzyma powołanie, przede wszystkim po to, by obyć się z polskim zespołem. Kwestia debiutu stoi na razie pod znakiem zapytania.

Będzie powołany jako ten piąty bramkarz, żeby zobaczył, jak funkcjonuje reprezentacja i poznał Stadion Narodowy. Chcemy przede wszystkim określić jego potencjał. Mamy w planach, aby każdy z czterech powołanych bramkarzy zagrał w którymś ze spotkań i niewykluczone, że kilka minut mógłby otrzymać również Słonina, ale tak jak wspomniałem, to są póki co plany – przekazał Michniewicz.

Karol Świderski, Mateusz Klich i Maciej Rybus

Z tymi trzema piłkarzami są związane całkiem inne historie i przyczyny nieobecności na ostatnim zgrupowaniu reprezentacji Polski. Świderski, Klich i Rybus z niezależnych od nich powodów nie pojawili się na marcowym zgrupowaniu drużyny narodowej.  Karol Świderski w ostatnim momencie nabawił się kontuzji, Mateusz Klich nie mógł zagrać w barażach ze względu na zawieszenie związane z nadmierną liczbą żółtych kartek w eliminacjach, a z kolei Maciej Rybus zachorował na koronawirusa.

Świderski

Pierwotnie Karol Świderski znalazł się na liście 33 zawodników powołanych przez Czesława Michniewicza na marcowe mecze. Niestety, w ostatnim meczu przed wylotem na zgrupowanie Polak nabawił się kontuzji. Początkowo zakładano, że przerwa Świderskiego od gry potrwa kilkanaście dni, więc pozostał on w Stanach Zjednoczonych. Okazało się jednak, że 25-latek wyzdrowiał szybciej, niż myślano i zagrał on w meczu ligowym swojego klubu pomiędzy spotkaniami reprezentacji Polski przeciwko Szkocji i Szwecji. Całe to zamieszanie wywołało masę dyskusji w polskim społeczeństwie. Kilka dni później Biało-Czerwoni na szczęście pokonali Szwedów w meczu o awans na Mundial, tym samym temat kontuzjowanego Karola Świderskiego ucichł.

Mimo że reprezentacja Polski poradziła sobie w marcu bez Karola Świderskiego, to piłkarz Charlotte FC stanowi cenne uzupełnienie obsady pozycji napastnika w drużynie narodowej. Swoją przydatność dla reprezentacji Świderski udowodnił za kadencji Paulo Sousy. Były piłkarz PAOK-u Saloniki zagrał w aż 14 z 15 meczów pod dowództwem Paulo Sousy. Co ciekawe, pod okiem Sousy żaden zawodnik nie rozegrał więcej spotkań niż właśnie Świderski. We wspomnianych 14 rozegranych pojedynkach Świderski strzelił 6 bramek, w tym niezwykle ważny gol w wyjazdowym starciu przeciwko Albanii wygranym 1:0.

Rybus

Od wielu lat reprezentacja Polski ma problem z obsadzeniem lewej obrony. Dopiero po zakończeniu kariery przez Jakuba Wawrzyniaka kibice docenili, jak wartościowym był on piłkarzem dla drużyny narodowej. Kolejni selekcjonerzy testowali przeróżne opcje obsadzenia pozycji lewego obrońcy. Adam Nawałka wymyślił Artura Jędrzejczyka, Jerzy Brzęczek stawiał głównie na Recę i Bereszyńskiego, a Sousa zaufał Tymoteuszowi Puchaczowi. Przez te wszystkie lata najbardziej odpowiednim piłkarzem na tę pozycję mimo wszystko wydawał się Maciej Rybus. 32-latek wielokrotnie miał ogromnego pecha i łapał kontuzje tuż przed rozpoczęciem zgrupowania reprezentacji Polski. Podobnie było w marcu.

Maciej Rybus, podobnie jak Karol Świderski, pierwotnie znalazł się na liście powołanych piłkarzy na marcowe zgrupowanie reprezentacji Polski. Na kilka dni przed przyjazdem do Polski Rybus zachorował na koronawirusa, przez co nie mógł pomóc naszej reprezentacji w walce o Katar. Obecnie 32-lataek regularnie występuje w Lokomotiwie Moskwa i w obliczu problemów z obsadzeniem lewej obrony powinien otrzymać szansę pokazania się selekcjonerowi w meczach Ligi Narodów.

Klich

Przez ostatnie lata Mateusz Klich był stałym bywalcem zgrupowań reprezentacji Polski. Nie pojawił się on jednak na marcowym zgrupowaniu drużyny narodowej z powodu bezpośrednio niezależnego od niego. Klich uzbierał dwie żółte kartki w eliminacjach do Mistrzostw Świata, przez co został zawieszony na finałowy mecz baraży do Mundialu. Z tego powodu Czesław Michniewicz postanowił nie powoływać piłkarza Leeds United. To, że Klich dalej będzie regularnie otrzymywał powołania do reprezentacji, jest niemal pewne.

Nieoczywiste nazwiska

W polskim społeczeństwie piłkarskim utarło się przekonanie, że każdy selekcjoner musi „wymyślić swojego piłkarza”. W takim stwierdzeniu jest całkiem dużo prawdy, bo selekcjonerzy lubią wynaleźć i postawić na nieoczywistych piłkarzy. Adam Nawałka zaufał młodemu Milikowi, tworząc duet z Lewandowskim. Ponadto ważnymi elementami zespołu byli Jędrzejczyk oraz Mączyński. Brzęczek regularnie stawiał na Recę, choć ten pomysł raczej można uznać za nieudany. Pod jego okiem zadebiutowali m.in. Jakub Moder i Kamil Jóźwiak. Z kolei Sousa nie bał się postawić na młodego Kacpra Kozłowskiego. Pod okiem Portugalczyka rozkwitł talent takich piłkarzy jak m.in. Świderski, Buksa, czy Moder.

Już przy okazji marcowych powołań Czesław Michniewicz pokazał, że będzie starał się wynaleźć i postawić na piłkarzy, którzy do tej pory nie stanowili o sile reprezentacji. Przypomnijmy, że nowy selekcjoner powołał m.in. Marcina Kamińskiego, Bartosza Salamona, Patryka Kuna, czy Konrada Michalaka.

Po zwycięskich barażach Czesław Michniewicz pojawił się w kilku programach piłkarskich, w których opowiadał o swojej wizji prowadzenia drużyny narodowej. W programie na kanale „Meczyków” w serwisie youtube omówił sytuację wielu potencjalnych kadrowiczów. Bazując na wypowiedziach selekcjonera, śmiało możemy stwierdzić, że będzie on kontynuował obserwacje kolejnych piłkarzy. Selekcjoner wyznał, że jednym z nieoczywistych piłkarzy, którym się przygląda, jest Mateusz Łęgowski. Selekcjoner przyznał, że wychowanek Gola Brodnica bardzo mu się podoba i zrobił na nim dobre wrażenie. 19-latek w tym sezonie wystąpił w 17 meczach Pogoni Szczecin, strzelając jedną bramkę i notując jedną asystę. Ostatnio w mediach pojawiła się informacja, że powołanie mógłby otrzymać Hubert Adamczyk. Jest to o tyle zaskakujące, że 24-latek występuje w pierwszoligowej Arce Gdynia. Powołania z zaplecza Ekstraklasy do drużyny narodowej nie zdarzają się zbyt często.

Organizacyjna porażka. Niebiesko-Biała perspektywa finału Pucharu Polski [REPORTAŻ]

Utrudnienia z transportem, zakorkowane miasto, blokada przy bramie, bałagan wokół stadionu, latające butelki, agresja policji, gaz i pałki. Za nieodpowiednie zachowanie garstki odpowiedzieli wszyscy.

To miał być wielki dzień dla polskiej piłki. Święto futbolu okazało się stypą. Ludzie nakręcali się na wyjazd do Warszawy od tygodni. Głód trofeum w kibicach Lecha jest ogromny, zwłaszcza w tak szczególnym sezonie. Mowa oczywiście o stuleciu istnienia.

Postanowiłem wybrać się z grupą fanatyków Kolejorza na finał Pucharu Polski, aby obejrzeć spotkanie z ich perspektywy. Niestety meczu prawie nikt nie zobaczył. Przepuszczono pojedyncze osoby z dziećmi, reszta musiała stać w kilkutysięcznym tłumie pod bramą nr 10.

Problemy z pociągami

Z obozu kibiców Lecha Poznań co jakiś czas wychodziły komunikaty o utrudnieniach związanych z wyjazdem na finał Pucharu Polski. Zaczęło się od sporu z PKP. Fanatycy próbowali załatwić optymalny transport. Okazało się jednak, że fani Kolejowego Klubu Sportowego otrzymali o wiele wyższe ceny za przejazd, niż ci z Rakowa. Zaporowa kwota zmusiła organizatorów wyjazdu do podjęcia decyzji o reorganizacji. Stanęło na tym, że większość wybrała się do stolicy autobusami oraz pociągami rejsowymi. Pozostali dotarli na własną rękę lub jednym (załatwionym w ostatnich dniach) pociągiem specjalnym.

Problemy z oprawą

Niecały tydzień przed finałem Pucharu Polski PZPN opublikował komunikat, w którym poinformował o warunkach postawionych przez prezydenta Warszawy i Komendę Miejską Państwowej Straży Pożarnej. „Kibice nie wejdą na stadion z flagami i banerami o wymiarach większych, niż 2 m x 1,5 m”. Był to podobno efekt opinii KM PSP, jednak nikt do końca nie wie, kto odpowiada za postawienie tego warunku. Po fakcie dochodzi do przerzucania winy na siebie (patrz zdjęcie poniżej).

Polski Związek Piłki Nożnej postanowił odwołać się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Fani Kolejorza poprosili o pomoc wojewodę województwa wielkopolskiego. Ostatecznie nic nie wskórano. Kibicom nie pozwolono wnieść flag, banerów i opraw.

Blokowanie wejścia

Nasz autokar wjechał do stolicy niedługo po godzinie 12:00. Korki w centrum spowodowały, że na parkingu pod stadionem wylądowaliśmy o 13:00. Pod bramami byliśmy 20 minut później. Na bilecie widniała informacja o otwarciu wejść o godzinie 14:00. Organizatorzy jednak widzieli ogromne tłumy, przez co już o 13:30 zakomunikowano, że otwarto bramy.

Kibice Lecha Poznań pod Stadionem Narodowym

Do głosu doszli „decyzyjni”, padł jasny komunikat. „Wiara, (po poznańsku „ludzie” – przyp. red.), czekamy, aż wejdzie oprawa. Nikt nie wchodzi, dopóki nie wniesiemy flag”. Reakcje kibiców na ten komunikat były mieszane, ale ostatecznie wszyscy się dostosowali. Nikt nie wchodził, były śpiewy. Irytacja rosła z każdą minutą. Część niebiesko-białego tłumu krzyczała, aby piłkarze nie wychodzili na murawę.

Część kibiców była w wyraźnym stanie nietrzeźwości, co doprowadziło do późniejszej eskalacji. Po kilkudziesięciu minutach nerwy były tak ogromne, że oprócz przyśpiewek szarpano bramę, rzucano butelkami w stronę stewardów i policji. To jednak nie była większość, a tylko jednostki. Później zaczęły się problemy.

Stanie na słońcu w kilkutysięcznym (o ile nie kilkunastotysięcznym) tłumie spowodowało, że część mdlała. Fani, którzy byli z przodu dostali gazem od policji. Kibice wołali „karetka, karetka„. Medycy pojawili się kilka minut później.

Kilkutysięczny tłum kibiców Lecha Poznań pod bramą nr 10

Jednostki prowokowały, a cierpieli wszyscy

Czekaliśmy pod bramą ponad trzy godziny, około 30. minuty meczu postanowiliśmy, że idziemy coś zjeść. Do food trucków mieliśmy aż trzy podejścia. Za pierwszym razem strzelano gazem w kibiców. Prawdopodobnie część fanatyków starła się z policją, a funkcjonariusze postanowili uderzyć we wszystkich. Uciekliśmy w stronę dworca Warszawa Stadion.

Drugie podejście. Spokojnie idziemy, gdy nagle biegnie na nas tłum ludzi, a za nimi „białe kaski” z pałkami w rękach. Uciekamy do autokarów (kilkaset metrów od bramy nr 10). W tym samym czasie na stadionie rozgrywano mecz.

Za trzecim podejściem poszliśmy okrężną drogą. Jedna z osób zapytała funkcjonariusza, czy możemy tędy przejść. „Jak chcecie, to idźcie” – usłyszeliśmy w odpowiedzi. Przechodząc obok uzbrojonego w odbezpieczoną pałkę policjanta, czułem lęk, że zaraz mogę otrzymać cios w plecy. Na szczęście nic się nie stało. Doszliśmy do food trucków, a wokół widać tylko syf. Nikt nie zadbał, aby podstawić kontenery na śmieci.

Policja obok food trucków

Chwilowy spokój, koniec meczu i kolejna zadyma

Niedługo po zakończeniu meczu zaczął się chaos, którego w zastanych warunkach nie dało się uniknąć. Organizator nie pomyślał i postanowił oddzielić parkingi kibiców Rakowa i Lecha tylko małym płotem. Sfrustrowani bojówkarze Kolejorza dali upust swojej złości. Do akcji ponownie wkroczyła policja. Podobnie jak wcześniej, ucierpiała większość. Nawet ci, co zachowywali się odpowiednio. Jeden kibic został staranowany przez konia.

Co chwilę było słychać strzały, wpuszczano gaz do autobusów. Widziałem, jak funkcjonariusz wszedł do jednego autokaru, grożąc pałą niewinnemu kierowcy. Do naszego też weszli, ale szybko zdołaliśmy ich wygonić i zamknąć drzwi. Przez kilkanaście minut próbowaliśmy wyjechać, gdy w tle działy się sceny rodem z lat dziewięćdziesiątych.

Moje miejsce w autobusie było przy oknie. Obawialiśmy się, czy szyba nie pęknie, ponieważ obok ciągle padały strzały oraz rzucano petardami. Jedna z nich wybuchła tuż przy naszym autokarze. Z parkingu wyjechaliśmy około godziny 19:00. W Poznaniu byliśmy o północy ze względu na jeden postój w połowie drogi. Co ciekawe, na wspomnianym MOP-ie nie było żadnej policji. Kilkuset kibiców było bez żadnego zabezpieczenia (fani wrogiego Kolejorzowi Widzewa Łódź nie mieszkają daleko, dlatego mogło dojść do niezłej jatki). Ktoś zorientował się dopiero po kilkunastu minutach. Wtedy przyjechało pięć radiowozów.

Zlot osób z biletami

Piłkarskie święto okazało się zlotem osób posiadających bilet na finał Pucharu Polski. To był bardzo smutny dzień nie tylko dla kibiców Lecha. Kilka osób w krawacie postanowiło nie dopuścić do wnoszenia flag, przez co tysiące osób zostało narażonych na utratę zdrowia.

Po meczu pojawiało się wiele komentarzy, co do zasadności bojkotu kibiców z Poznania. „Przecież dobrze wiedzieliście, że nie wejdziecie. Dlaczego nie mogliście zostawić flag i wejść bez nich?” Odpowiadam: Nie było takiej możliwości. Nawet jeśli ktoś bardzo chciał wejść na stadion, to nie mógł. Ultrasi zadecydowali.

Kogo za to winić?

Organizatorzy finału Pucharu Polski będą mieli ogromne pole do analizy. Finał Pucharu Polski odzyskał swój blask i prestiż, jednak zbyt często dochodzi do zadym. Organizacja wydarzenia była poniżej wszelkiej krytyki. Liczne przeszkody (od pociągów, po flagi) wywołały ogromne emocje wśród bardziej fanatycznych kibiców. Miejmy nadzieję, że ten finał będzie nauczką dla wszystkich.

Finał Pucharu Polski: Wygrany zgarnia wszystko?

Już w poniedziałek 2 maja odbędzie się finał Pucharu Polski. W ostatnim meczu tegorocznych rozgrywek „Pucharu Tysiąca Drużyn” zmierzą się Lech Poznań i Raków Częstochowa. Obie drużyny zdominowały polskie rozgrywki w sezonie 2021/22.

Déjà vu Macieja Skorży

Zwycięstwo jednej z drużyn może znacząco wpłynąć na morale drugiego zespołu. Taki obrót spraw może spowodować, że przegrana ekipa „wypisze się” z walki o mistrzostwo Polski. Ale czy na pewno? Przykładem może być Lech Poznań z sezonu 2014/15. Kolejorz przegrał finał na Stadionie Narodowym przeciwko Legii Warszawa. Później Niebiesko-Biali pokonali CWKS na Łazienkowskiej i pewnie dotarli do celu, jakim było mistrzostwo Polski.

Triumf w Pucharze Polski może rozluźniająco wpłynąć na zwycięzców, tak jak było w 2015 roku. Podobne zdanie na ten temat ma Maciej Skorża, który po meczu Lecha Poznań ze Stalą Mielec wrócił myślami do mistrzowskiego sezonu z Kolejorzem.

– Mam takie déjà vu z poprzedniego finału, kiedy prowadziłem wtedy Lecha. Wtedy po przegranym finale wszyscy mówili „to teraz Legia jest mistrzem, bo dostaną takiego mentalnego kopa”. Stało się dokładnie odwrotnie, więc nie ma reguły. Myślę, że to jest kwestia charakteru ludzi w szatni. I Raków, i Lech to są takie drużyny, które twardo stąpają po ziemi. Piłkarze są mega zmotywowani. Wydaje mi się, że bez względu na to, jak zakończy się finałowy mecz, to walka o mistrzostwo Polski będzie zupełnie innym rozdziałem – powiedział szkoleniowiec Lecha Poznań na konferencji prasowej.

Droga Lecha Poznań

Kolejorz rozpoczął drogę do finału od meczu ze Skrą Częstochowa (0:3). Co ciekawe, formalnym gospodarzem tego spotkania byli częstochowianie, jednak mecz odbył się na ulicy Bułgarskiej w Poznaniu z powodu braku spełnienia wymogów na obiekcie Skry.

W kolejnej rundzie Kolejorz pojechał do Skierniewic, gdzie pokonał tamtejszą Unię 2:0. Później poznaniacy trafili na krakowską Garbarnię. Podopieczni Macieja Skorży wygrali z drugoligowcem 4:0. W ćwierćfinale Kolejorz zmierzył się z Górnikiem w Zabrzu, gdzie wygrał 2:0.

Półfinał oznaczał starcie z Olimpią Grudziądz. Lech poradził sobie z trzecioligowcem bez większych problemów, notując zwycięstwo 3:0. Warto zaznaczyć, że Kolejorz przez całą drogę do finału Pucharu Polski nie stracił ani jednej bramki.

Droga Rakowa Częstochowa

Pierwszy krok Medalików do tegorocznego finału Pucharu Polski, to starcie ze Stalą Rzeszów. Ekipa z Ekstraklasy pokonała drugoligowca 4:2. W następnej rundzie Medaliki mierzyły się z KKS-em Kalisz. Podopieczni Marka Papszuna wygrali 2:1.

Raków trafił później na rywala z najwyżej ligi. RKS pokonał Bruk-Bet Termalicę 2:0 na wyjeździe. Później na drodze Rakowa stanęła Arka Gdynia. Ekipa z Częstochowy pokonała MZKS 2:0. W półfinale Medaliki pokonały u siebie Legię Warszawa 1:0.

Kursy bukmacherów

Bukmacherzy stawiają Lecha Poznań w roli faworytów. Kurs na to, że to Kolejorz zgarnie trofeum, wynosi około 1,65. Raków Częstochowa mimo statusu obrońcy tytułu, będzie się mierzył z Lechem Poznań jako „underdog”. Bukmacherzy oferują kurs na poziomie około 2,20 za triumf Rakowa.

Końcówka sezonu w Ekstraklasie i lepszy bilans Rakowa (szanse procentowe)

Liderem PKO BP Ekstraklasy jest obecnie Raków Częstochowa. Medaliki mają dokładnie tyle samo punktów co Kolejorz. Lepszy bilans meczów bezpośrednich działa jednak na korzyść podopiecznych Marka Papszuna, którzy u siebie zremisowali z Lechem Poznań 2:2 oraz wygrali na wyjeździe 1:0.

Bilans bezpośrednich spotkań przekłada się również na procentowe szanse na triumf w lidze. Paweł Mogielnicki z portalu 90minut.pl wyliczył, iż Raków Częstochowa ma 56.7% szans na mistrzostwo Polski. W przypadku Kolejorza mowa o wartości 42.3%.

1% szans na triumf w Ekstraklasie ma Pogoń Szczecin. Portowcy mają jednak trzy punkty straty do obu ekip oraz gorszy bilans meczów bezpośrednich. To oznacza, że obie drużyny musiałyby zgubić po minimum cztery punkty w ciągu trzech spotkań. Dodatkowo Pogoń musiałaby wygrać wszystkie mecze do końca sezonu.

„Rachunki do wyrównania”

Lech Poznań przegrał z Rakowem Częstochowa w domowym meczu PKO BP Ekstraklasy. Asystent trenera Macieja Skorży, Rafał Janas nie ukrywa, że Kolejorz zamierza się odegrać na ekipie Marka Papszuna.

– Mamy rachunki do wyrównania. Ten bilans ostatnich meczów na pewno działa na naszą niekorzyść. Jesteśmy jednak głodni zwycięstwa i wierzę, że wygramy puchar. Wiemy o co gramy. Jesteśmy maksymalnie zmobilizowani. Wciąż jesteśmy w walce o mistrzostwo Polski. Finał Pucharu Polski przed nami, czekamy na poniedziałek – powiedział 45-latek.

Swoje zdanie w sprawie odegrania się na Rakowie Częstochowa przedstawili również piłkarze. Michał Skóraś, Mikael Ishak i Radosław Murawski udzielili przedfinałowych wypowiedzi na oficjalnym kanale YouTube Lecha Poznań.

– Mamy na pewno coś do udowodnienia. Przegraliśmy u siebie z Rakowem w lidze 0:1. Rok temu też wyeliminowali nas z Pucharu Polski – przyznał 22-letni skrzydłowy Kolejorza.

– To oni są teraz na szczycie tabeli w lidze, ale my wciąż ich gonimy. Tutaj będzie jednak zupełni inaczej, bo zagramy tylko jedno spotkanie. Zwycięzca zgarnie trofeum. Nie możemy już doczekać się tego meczu – dodał szwedzki napastnik Niebiesko-Białych.

– W Rakowie mieli też dużo szczęścia. Nie zabieramy im ich jakości, ale równie dobrze my mogliśmy wywieźć trzy punkty z Częstochowy. Mogliśmy załatwić mecz dużo wcześniej u nas, ale tak się nie stało. Piłka nie wpadła do bramki i mamy niekorzystny bilans. Ale tak, jak mówię, to jest dobry moment, żeby to przełamać i pokazać swoją wyższość nad rywalem i naszą jakość – podsumował Radosław Murawski.

Czy wygrany zgarnie wszystko? Wypowiedzi Michała Skórasia i Iviego Lopeza

– Myślę, że trzy zwycięstwa w lidze dadzą nam mistrzostwo. Jeśli wygramy Puchar i następne mecze w lidze, to ja mocno w to wierzę, że zdobędziemy tytuł. Wiadomo, że to nie jest zależne od nas, bo Raków jak wygra wszystkie spotkania, to przeskoczy nas w tabeli. Myślę jednak, że jeśli pokonamy ich w poniedziałek, to może im się jeszcze gdzieś noga powinąć – powiedział Michał Skóraś w rozmowie z oficjalną stroną Lecha Poznań.

Myślę, że faworytem do mistrzostwa Polski zawsze bywały drużyny totalne, bo zazwyczaj są to duże kluby i silne drużyny, tak jak Legia. Od takich klubów oczekuje się, że zawsze będą wysoko. My jesteśmy niespodzianką i myślę, że skoro w zeszłym roku zostaliśmy wicemistrzem, to w tym możemy być mistrzem. Nie możemy jednak mieć na tym punkcie obsesji. Musimy iść krok po kroku, mecz po meczu. Teraz gramy w Pucharze, więc myślimy tylko o tym i o wygranej. Później zajmiemy się ostatnimi trzema meczami w lidze, koncentrując się na każdym z nich – powiedział Ivi Lopez w rozmowie z klubowymi mediami Rakowa Częstochowa.

„Wyjątkowa” otoczka finału Pucharu Polski

Poniedziałkowe spotkanie nie będzie takie samo, jak poprzednie finały Pucharu Polski. Po dwóch latach rozgrywania decydującego starcia bez kibiców przyjdzie na mecz z widzami. To jeden z niewielu pozytywów dotyczących „oprawy” finału.

PZPN poinformował niedawno o decyzji ws. organizacji finału Pucharu Polski i warunku, jaki federacja otrzymała od władz Warszawy (za opinią Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej). Fanatycy Lecha Poznań i Rakowa Częstochowa nie będą mogli wnieść banerów i flag o wymiarach większych, niż 2 m x 1,5 m. To oznacza, że podczas tego spotkania najprawdopodobniej nie zobaczymy opraw.

Zobacz również: Nie będzie flag na finale Pucharu Polski! Brak zmiany po odwołaniu PZPN

Źródła: Lech Poznań, Raków Częstochowa, PZPN

Od rozgromienia Realu do porażki z Cadiz. Jak doszło do kryzysu w FC Barcelonie?

Pierwsze miesiące pracy Xaviego w roli trenera FC Barcelony napawały ogromnym optymizmem. Niestety, w końcu musiał nadejść gorszy okres, który można już śmiało nazwać mianem kryzysu. Jak to się stało, że najpierw Xavi zdołał rozgromić Real Madryt 4:0, by następnie doznać kilku kompromitujących wpadek? W niniejszym tekście postaramy się przedstawić genezę kryzysu FC Barcelony.

Xavi Hernandez z przytupem zakończył swoją przygodę w FC Barcelonie w roli piłkarza. W sezonie 2014/2015 z Blaugraną sięgnął po zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Mając 35 lat na karku, postanowił odejść do katarskiego Al-Sadd, gdzie spędził ostatnie lata swojej piłkarskiej kariery. W 2019 roku definitywnie pożegnał się z graniem w piłkę. Od razu po zakończeniu zawodniczej kariery, podjął się pracy w roli trenera. Jego pierwszym klubem w nowej roli był właśnie Al-Sadd. W katarskim klubie jako trener pracował przez nieco ponad 2 lata. Na jesieni 2021 roku z propozycją powrotu na Camp Nou pojawił się prezydent FC Barcelony, Joan Laporta.

Kłopoty FC Barcelony

Przełom 2020 i 2021 roku nie zwiastował niczego dobrego dla kibiców FC Barcelony. Na światło dzienne zaczęły wychodzić kolejne problemy finansowe klubu. Pod naciskiem niezadowolonych kibiców w październiku 2020 roku Josep Maria Bartomeu, ówczesny prezydent klubu, podał się do dymisji. W marcu 2021 roku nowym-starym prezydentem Barçy został Joan Laporta. 59-latek rozpoczął etap odbudowy klubu przede wszystkim w aspekcie finansowym. W związku z kłopotami na tle finansowym przed sezonem 2021/2022 klub musiał opuścić Leo Messi, co było jednoznaczne z rozpoczęciem przebudowy pierwszego zespołu. To zadanie zostało powierzone Ronaldowi Koemanowi.

Zwolnienie Koemana

Sezon 2021/2022 FC Barcelona rozpoczęła z Ronaldem Koemanem na ławce trenerskiej. W związku z licznymi wychodzącymi transferami, kibice nie mieli zbyt wygórowanych oczekiwań co do wyników w tym sezonie. Głównym celem klubu było zajęcie w LaLiga miejsca gwarantującego udział w kolejnym sezonie Ligi Mistrzów. Jeśli chodzi o wspomnianą Champions League, to podstawowym celem było wyjście z grupy. Zmagania na obu polach nie zmierzały nawet w kierunku osiągnięcia celu minimum. 28 października 2021 roku, dzień po porażce z Rayo Vallecano, Ronald Koeman został zwolniony. Holenderski szkoleniowiec opuścił zespół na 9. miejscu w LaLiga, a także z niewielkimi szansami na awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów.

Ogłoszenie Xaviego

Kiedy Xavi opuszczał Barcelonę w 2015 roku jako zawodnik, to było wiadomo, że prędzej, czy później wróci on na Camp Nou w roli trenera. Wszyscy zastanawiali się jedynie, kiedy to nastąpi. Długo oczekiwany powrót Xaviego do Barçy nastąpił 6 listopada, kiedy został ogłoszony nowym trenerem Blaugrany.

– Jestem bardzo szczęśliwy. To największe wyzwanie w mojej karierze, wracam do domu i jestem bardzo zadowolony. Jestem wdzięczny za zaufanie ze strony klubu – mówił Xavi w jednym z pierwszych wywiadów jako trener FC Barcelony.

– Na początku chcę porozmawiać z zawodnikami. Ja też miałem w swojej karierze trudne momenty, teraz sytuacja klubu nie jest najlepsza, dlatego chcę przedstawić im mój pomysł na zmiany. A potem zabieramy się do pracy, do tworzenia drużyny. Mam duże nadzieje – zapowiedział nowy trener FC Barcelony.

Początek pracy Xaviego

Xavi szybko wziął się do pracy w roli trenera FC Barcelony. Na sam początek Hiszpan postanowił zrobić małe porządki. Nowy trener Barçy zadecydował, że dokona kilku zmian w sztabie pierwszego zespołu. I tak ze swoją pracą pożegnali się: trener od przygotowania fizycznego, szef fizjoterapeutów oraz analityk. Zmiany dotknęły także zasady dotyczące funkcjonowania piłkarzy w klubie. Po pierwsze, znacznie ograniczono możliwość korzystania z telefonów. Po drugie, każdy piłkarz miał otrzymać indywidualną dietę oraz plan treningowy na siłowni. Ponadto wprowadzono kontrolę osobistych podróży piłkarzy.

Po wprowadzeniu pierwszych zmian, Xavi wraz ze swoimi asystentami wzięli się za proces odbudowy zespołu. Hiszpański szkoleniowiec zadebiutował w derbowym meczu z Espanyolem na Camp Nou. Co prawda 42-latkowi nie udało się natychmiast odbudować gry zespołu, jednak zdołał on poprowadzić swoich podopiecznych do skromnego zwycięstwa 1:0, tym samym rozpoczynając pogoń za czołówką ligi. Niestety, Xaviemu nie udało się uratować sytuacji w Lidze Mistrzów i Barça musiała pożegnać się z tymi rozgrywkami już podczas fazy grupowej. W międzyczasie Duma Katalonii odpadła z Pucharu Króla po porażce z Athletikiem Bilbao. Kolejne miesiące przyniosły marsz podopiecznych Xaviego w górę tabeli LaLiga. W lutym przystąpili do zmagań w Lidze Europy, gdzie najpierw wyeliminowali SSC Napoli, a następnie Galatasaray. 20 marca Barça rozgromiła Real Madryt 4:0 na Santiago Bernabeu.

Zwycięstwo z Realem

Data 20 marca 2022 roku z pewnością przez długie lata będzie pozytywnie wspominana przez Culés. Tego dnia FC Barcelona wyjechała do Madrytu na mecz z Realem. Przed rozpoczęciem El Clásico niewiele osób wskazywało Katalończyków w roli faworytów. Mimo to Xavi stanął na wysokości zadania i wręcz perfekcyjnie przygotował swój zespół. Duma Katalonii rozbiła Real Madryt 4:0 na Santiago Bernabeu. O tym, jak bardzo Barcelona zdominowała Real najlepiej świadczy fakt, że po meczu wielu kibiców Barçy miało niedosyt, gdyż mogło paść jeszcze więcej bramek.

– Kontrolowaliśmy mecz, naciskaliśmy wysoko, wiedzieliśmy, jak grać pomiędzy liniami, odzyskaliśmy wiele piłek na połowie rywala, w ataku graliśmy tak, jak trenowaliśmy… To był kompletny mecz. Byliśmy dużo lepsi niż Real – mówił po meczu Xavi.

Hurraoptymizm

Po zwycięstwie nad Realem FC Barcelona zajmowała 3. miejsce w ligowej tabeli. Liderem ligi byli Królewscy, do których Katalończycy tracili 12 punktów i mieli jeden mecz zaległy. Do końca sezonu pozostawało wówczas 9 kolejek, więc 12-punktowa strata – patrząc realnie – wydawała się trudna do odrobienia. Jednak po zwycięstwie z Realem Culés popadli w hurraoptymizm. Na forach można było się naczytać, że wraca wielka FC Barcelona, która jeszcze w tym sezonie powalczy o mistrzostwo Hiszpanii i zwycięstwo w Lidze Europy. Co oczywiste, z sukcesów należy się cieszyć, jednak siła pozytywnej energii chyba przerosła faktyczne dokonania i aktualnie panujące realia. Z drugiej jednak strony ciężko było się dziwić kibicom Barcelony, gdyż sami piłkarze powtarzali, że ich celem jest walka o mistrzostwo Hiszpanii. Jeszcze przed kilkoma dniami dziennikarze „Sportu” pisali, że szatnia Blaugrany jest przekonana co do wygrania mistrzostwa w przypadku wygrania wszystkich pozostałych spotkań. Kilka dni później Barcelona doznała kompromitującej porażki na Camp Nou z Cadiz.

– To mecz roku, naszym celem jest wygrana, by dalej walczyć o mistrzostwo. El Clásico to mecz z bezpośrednim rywalem, który naznaczy resztę sezonu ligowego – zapowiadał przed meczem Jordi Alba.

– Jestem przekonany, że możemy zdobyć mistrzostwo. Nawet więcej, zdobędziemy je! Moje argumenty są proste – w końcówce sezonu jesteśmy bardzo silni, z drużyną w formie i trenerem z jasnymi pomysłami, który sprawia, że gramy naszym prawdziwym stylem. Odzyskaliśmy esencję i musimy z optymizmem i chęciami walczyć o mistrzostwo – mówił na początku kwietnia Joan Laporta.

Opadnięcie z Ligi Europy

Po zwycięstwie nad Realem wydawało się, że Katalończycy nabiorą wiatru w żagle i wskoczą na półkę wyżej. Na początku kwietnia Barça pokonała Sevillę 1:0, czym znacznie poprawiła swoją sytuację w LaLiga w kontekście walki o TOP4. Tydzień później Barcelona potwornie męczyła się z walczącym o utrzymanie Levante, z którym wygrała 3:2. Już wtedy można było zaobserwować, że zespół Xaviego wygląda nieco gorzej niż dotychczas. W międzyczasie Barça wróciła do zmagań w Lidze Europy. W pierwszym meczu 1/4 finału tych rozgrywek Hiszpanie zremisowali na wyjeździe z Eintrachtem Frankfurt 1:1. Z przebiegu spotkania śmiało można stwierdzić, że Barça powinna się cieszyć z tego remisu, gdyż to Niemcy byli stroną przeważającą. Tydzień później doszło do rewanżu na Camp Nou, w którym gospodarze polegli 2:3. W pewnym momencie Katalończycy przegrywali z Eintrachtem już 0:3, dopiero w doliczonym czasie gry zdołali strzelić dwie bramki. Tym samym Barcelona pożegnała się z Ligą Europy na etapie 1/4 finału, choć po zwycięstwie z Realem wielu Culés zakładało, że ich ulubieńcy powalczą o wygranie tych rozgrywek.

– Uważam, że problem był czysto sportowy. Myślę, że kontrolowaliśmy mecz w kwestii posiadania piłki, ale nie potrafiliśmy tego wykorzystać. To nasze błędy i jest to dla nas nauczka. Mimo wszystko uważam, że taka jest nasza droga. Trzeba rywalizować, ale czasem przydarzy się takie spotkanie jak dzisiaj – mówił Xavi po rewanżowym meczu z Eintrachtem.

Porażka z Cadiz

Po odpadnięciu z Ligi Europy jedynymi rozgrywkami, w których pozostało grać Barcelonie w tym sezonie pozostała liga hiszpańska. Wydawało się, że po porażce z Eintrachtem kolejny mecz z Cadiz jest idealną okazją do poprawienia nastrojów w szatni. Mimo że Cadiz okupuje dolne rejony tabeli, to w tym sezonie już kilkukrotnie pokazał, że potrafi napsuć krwi swoim rywalom przede wszystkim za sprawą murowania dostępu do własnej bramki. Tak też i było w meczu z Barceloną. Pomimo dominacji Blaugrany przez większość spotkania, Cadiz zdołał zachować czyste konto. W 48. minucie bramkę na wagę zwycięstwa dla Cadiz zdobył Lucas Perez.

– Jesteśmy bardzo wkurzeni. Zmarnowaliśmy świetną szansę, aby uciec rywalom i powalczyć jeszcze o mistrzostwo. Dziś prawie pożegnaliśmy się szansą na tytuł. Jestem rozczarowany i wkurzony. Musimy być bardziej zdeterminowani i autokrytyczni. To jest Barça – musimy zrobić więcej. Rywale bronią nisko, a to wymaga od nas zaprezentowania talentu i podejmowania odpowiednich decyzji. Musimy lepiej wchodzić w pole karne. Trenowaliśmy to. Dzisiaj wygrała wiara, a nam jej brakowało. Uważam siebie za najbardziej odpowiedzialnego za ten wynik – mówił Xavi po porażce z Cadiz.

Kibice

W kontekście rewanżowego meczu z Eintrachtem bardzo dużo mówiło się nie tylko o wydarzeniach boiskowych, ale także o sytuacji na trybunach Camp Nou. Na stadionie zjawiło się w sumie ponad 79 tysięcy kibiców. Niektóre źródła podawały, że wśród nich było ponad 30 tysięcy kibiców Eintrachtu. Wynikało to z tego, że znaczna część kibiców i socios FC Barcelony sprzedała swoje wejściówki przybyszom z Niemiec. Prezydent klubu zapowiedział, że w niedalekiej przyszłości zostaną wprowadzone zmiany w systemie dystrybucji biletów. Jedną z nich ma być wprowadzenie imiennych wejściówek. Po tym incydencie na kolejnym meczu przeciwko Cadiz zjawiło się zaledwie 57495 kibiców.

– To, co się stało na trybunach, jest bardzo niepokojące. To wstyd, co widzieliśmy, takie rzeczy nie mogą się powtórzyć. Mamy dużą część informacji na ten temat, potrzebujemy czasu, aby je przetworzyć i podjąć odpowiednie środki. To, co się stało, było oburzające i zawstydzające – mówił po meczu z Eintrachtem Joan Laporta.

– Wiemy, ilu socios kupiło wejściówki, aby sprzedać je Niemcom, było ich około 7400, ale nie znamy danych odnośnie posiadaczy karnetów, którzy to zrobili. Mamy listę i będziemy działać na tyle, na ile pozwala nam statut. […] Powiedziałbym, że gości było około 30 tysięcy, a cules 50 tysięcy – dodał Laporta.

– Już teraz mogę ogłosić, że w rozgrywkach międzynarodowych bilety będą imienne. Jest to środek, którego nie chcieliśmy podejmować, ponieważ jest on uciążliwy dla socios, którzy mają normalne i zwyczajne podejście, czyli dla zdecydowanej większości, ale teraz nie mamy wyboru. Nie chcemy, aby to, co wydarzyło się wczoraj na stadionie, kiedykolwiek się powtórzyło – zapowiedział prezydent FC Barcelony.

Kryzys Barcelony

Od pamiętnego zwycięstwa w El Clasico FC Barcelona zanotowała ogromny spadek formy. Słabsza dyspozycja dotyczy w szczególności gry w defensywie. W ostatnich czterech meczach drużyna Xaviego straciła siedem bramek, co daje 1,75 bramki traconego na mecz. We wcześniejszych 26 meczach pod wodzą Xaviego Barça traciła średnio 1,08 gola na mecz. Regres w tym aspekcie można by było zrzucić na kontuzję Gerarda Pique, który nie zagrał w trzech ostatnich meczach, jednak chyba nie o to w tym wszystkim chodzi.

Co ciekawe, do tej pory za kadencji Xaviego Barcelona zdobywa średnio 1,87 punktu na mecz. Tym samym można by było stwierdzić, że Hiszpan jest najgorszym trenerem FC Barcelony od czasu Radomira Anticia, który w 2003 roku zdobywał 1,83 punktu na spotkanie. Należy jednak pamiętać, w jak trudnym momencie Xavi obejmował Barcelonę i jak wiele dobrego wniósł do zespołu. To głównie dzięki niemu Barça ma ogromne szanse na awans do kolejnego sezonu Ligi Mistrzów, co jeszcze za kadencji Ronalda Koemana nie było aż takie pewne.

W hiszpańskich mediach panuje teoria, że po ostatnich kilku gorszych meczach mocno popsuły się nastroje w szatni zespołu. Wiele osób uważa także, że ostatnie gorsze wyniki są spowodowane gorszym nastawieniem mentalnym. Na jednym z ostatnich treningów Xavi miał odbyć rozmowę z piłkarzami. Hiszpan miał zwrócić uwagę na liczne błędy indywidualne i momenty dekoncentracji.

Ostatnie dwa mecze FC Barcelony to dwie porażki kolejno z Eintrachtem Frankfukt i Cadiz. Oba te mecze zostały rozegrane na Camp Nou. Jest to pierwsza tego typu sytuacja (by Barça przegrała dwa mecze z rzędu na własnym obiekcie) od 2003 roku. Wówczas Blaugrana przegrała z Juventusem oraz Deportivo La Coruna. Ponadto dwa ostatnie sezony były najgorsze w ostatniej dekadzie pod względem liczby porażek na własnym obiekcie w trakcie jednej kampanii.

Pozostała walka o TOP4

FC Barcelona szybko pożegnała się z Pucharem Hiszpanii oraz Ligą Mistrzów, a ostatnio odpadła także z Ligi Europy. W związku z ostatnią porażką z Cadiz Barça pożegnała się z i tak niewielkimi już szansami na mistrzostwo Hiszpanii. Do końca sezonu LaLiga Barcelonie do rozegrania zostało siedem kolejek. Cel pozostał już tylko jeden – zająć miejsce w czołowej czwórce, co zapewni udział w przyszłym sezonie Ligi Mistrzów.


fot. fcbarcelona.com

źródło wypowiedzi: fcbarca.com

Mistrzostwa Świata 2022: korupcja i ludzka tragedia. Czy petrodolary były tego warte?

Mundial od zawsze był wielkim świętem piłkarskim. Piękne stadiony, cudowna atmosfera, zacięte spotkania – to wszystko sprawia, że piłkarscy kibice nie potrafią usiedzieć w miejscu w oczekiwaniu na kolejny turniej. W tym roku padło na Katar: państwo, które mało ma wspólnego z piłką nożną i nigdy nie wystąpiło na Mistrzostwach Świata. Dodatkowo, sytuacji nie poprawiają napływające zewsząd informacje o ludziach ginących podczas budowania stadionów. Czy piękno futbolu zdoła zatuszować całe zło związane z tym mundialem? O tym przekonamy się za kilka miesięcy.

Jak do tego doszło?

Proces wyboru organizatora finałowego turnieju Mistrzostw Świata rozpoczął się na początku 2009 roku. Do rywalizacji stanęły wówczas Australia, Japonia, Korea Południowa, Stany Zjednoczone oraz Katar, który 2 grudnia 2010 roku oficjalnie został wybrany organizatorem mundialu 2022. Tego samego dnia powierzono Rosji. koordynację Mistrzostw Świata 2018.

— Otwieramy się na nowe kraje. Mundial jeszcze nigdy nie odbył się w Rosji i żadnym innym kraju Europy Wschodniej. Podobnie, patrząc na zwycięstwo Kataru, możemy przypomnieć, że równie długo na organizację mistrzostw czekał Bliski Wschód i cały świat arabski. Jestem szczęśliwym prezydentem, gdy mówię dzisiaj o rozwoju światowego futbolu — powiedział wówczas Sepp Blatter, prezydent FIFA w latach 1998-2015.

Katar będzie pierwszym krajem muzułmańskim oraz znajdującym się na Bliskim Wschodzie, który zorganizuje mundial. Mimo tego, żadne inne aspekty nie przemawiają za tym, aby to właśnie tam odbył się turniej. Nigdy nie było Katarczyka, który zwojowałby światowy futbol, a reprezentacja ani razu nie wzięła udziału w Mistrzostwach Świata.

Magazyn France Football przeprowadził śledztwo, w którym ujawnił kulisy konkursu na gospodarza turnieju. Według informacji francuskich dziennikarzy organizatorzy kupili sobie mundial. W listopadzie 2010 roku miało dojść do spotkania, w którym brali udział Nicolas Sarkozy (ówczesny prezydent Francji), Michel Platini (ówczesny prezydent UEFA), katarski książę oraz Sebastien Bazin (były właściciel PSG). Na spotkaniu ustalono, że Katarczycy wykupią paryski klub oraz zainwestują w medialną Legardere Group. Sarkozy chciał, aby firma stworzyła program konkurencyjny dla Canal+. W zamian za to Michel Platini miał wskazać Katar jako organizatora Mistrzostw Świata 2022, zamiast Stanów Zjednoczonych.

Zorganizowana akcja korupcyjna

Okazuje się również, że Katar nie działał sam. Były szpieg, Christopher Steele, w latach 2006-2009 był szefem rezydentury MI6 w Moskwie. Brytyjczyk był zaniepokojony pogłoskami dotyczącymi wyłaniania gospodarzy, więc postanowił podzielić się swoją wiedzą dotyczącą kandydatury Anglii na gospodarza mundialu 2018. Tylko część zdobytych przez niego informacji została ujawniona, ale i tak możemy dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy.

Według informacji byłego szpiega, w 2010 roku w Katarze pojawiła się rosyjska delegacja, która obradowała nad czymś zupełnie innym, niż złoża ropy i gazu. To właśnie wtedy ustalono gospodarzy Mistrzostw Świata na 2018 i 2022 rok (głównymi kandydatami do organizacji były odpowiednio Anglia i USA) oraz obmyślono plan, jak wpłynąć na przedstawicieli najuboższych członków FIFA. Wszystko powiodło się mimo skandalu, który wybuchł tydzień przed głosowaniem. Dziennikarze The Sunday Times przeprowadzili prowokację, podczas której wpadło dwóch przedstawicieli 24-osobowego Komitetu Wykonawczego FIFA. Obaj mieli poprzeć odpowiednią kandydaturę w zamian za ustaloną kwotę. Mimo drobnej wpadki, Rosja i Katar wygrały swoje plebiscyty.

Po tym wszystkim ruszyło duże śledztwo, które w maju 2015 roku doprowadziło do zatrzymania czternastu wysoko postawionych urzędników FIFA. W sprawę okazali się być zamieszani m.in. Sepp Blatter oraz Michel Platini. FBI wykazało, iż działacze międzynarodowej organizacji wzięli łapówki na sumę 150 milionów dolarów. Były szef FIFA uniknął oskarżenia ponieważ nie miało to nic wspólnego z plebiscytami w 2009 roku. Blatter i Platini otrzymali jednak ośmioletni zakaz sprawowania jakichkolwiek funkcji w światowym futbolu nałożony przez FIFA. 86-latek tłumaczył, że były to pieniądze z faktury wystawionej 10 lat wcześniej za usługi doradcy FIFA świadczone przez Platiniego w latach 1998-2002. Komisja Etyki nie dała się jednak złamać. W 2021 roku szwajcarski rząd postawił obu panom zarzuty związane z działaniami korupcyjnymi.

Wiele dochodzeń i rozpraw wciąż trwa, nasza wiedza o procesie korupcyjnym wciąż się powiększa, lecz mimo tego nikt nie odebrał Rosji i Katarowi prawa do organizacji mundialu.

Były agent CIA szpiegował dla Kataru

Agencja Associated Press przeprowadziła własne śledztwo, które wykazało, że Katar zatrudnił byłego agenta CIA – Kevina Chalkera. Celem jego działań byli działacze państw rywalizujących z krajem z Bliskiego Wschodu o organizację mundialu oraz działacze FIFA. Były agent utrzymywał kontrolę nad ogromną ilością zagranicznych pracowników zatrudnionych w Katarze. Odegrali oni ogromną rolę przy organizacji imprezy, m.in. przy budowie stadionów i infrastruktury potrzebnej do przeprowadzenia turnieju.

– Praca Chalkera polegała na podstawianiu kogoś, kto podając się za fotoreportera, śledziłby rywali Kataru, oraz stworzeniu na Facebooku konta atrakcyjnej kobiety, dzięki której szpiedzy mogliby zbliżyć się do konkurentów. Osoby pracujące dla Chalkera i Kataru zabiegali również o dostęp do spisu połączeń telefonicznych co najmniej jednego wysoko postawionego urzędnika FIFA – informuje Associated Press.

 – To naprawdę niebezpieczne, kiedy ludzie posiadający wiedzę na temat najbardziej wrażliwych tajemnic państwa myślą o spieniężeniu jej na rzecz tego, kto jest w stanie zapłacić najwięcej – powiedział John Scott-Railton, specjalista ds. szpiegostwa cybernetycznego.

Władze Kataru oraz FIFA odmówiły komentarza, a Kevin Chalker ocenił, iż wszystkie materiały zebrane przez Associated Press zostały sfałszowane.

Innowacyjne pomysły oraz rozwój kraju

Szacuje się, że Katarczycy wydali około 240 miliardów dolarów na organizację Mistrzostw Świata 2022. Za te pieniądze wybudowano m.in. 8 stadionów. Wśród z nich znajduje się Al Bayt Stadium otwarty w lutym 2020 roku. Ma on kształt muszli i jest potrzebny tylko na mundial, więc gdy turniej się zakończy, zostanie on zmniejszony o połowę.

Kolejnym wartym uwagi obiektem jest Al Thumama Stadium. Swoim kształtem taqiyah – tradycyjną czapkę noszoną przez chłopców i mężczyzn na Bliskim Wschodzie.

Do perełek turniejowych stadionów należy również Al Janoub Stadium. Tutaj również kształt obiektu nie jest przypadkowy. Stadion swoją budową przypomina żagiel tradycyjnych łodzi dau służących do połowu pereł.

Na wyróżnienie zasługuje również Stadium 974. Obiekt jest pierwszym w historii Mistrzostw Świata, który po turnieju zostanie w całości rozebrany. W celu zmniejszenia ilości generowanych odpadów do jego budowy użyto dokładnie 974 przetworzone kontenery transportowe. Dodatkowo, jest naturalnie wentylowany, więc nie trzeba wprowadzać w nim zaawansowanych i wysokoemisyjnych systemów chłodzenia. To właśnie tutaj Polacy 22 i 30 listopada rozegrają swoje mundialowe spotkania. Ich przeciwnikami będą odpowiednio Meksyk i Argentyna.

Organizacja Mistrzostw Świata spowodowała również rozwój infrastruktury kraju. Stadiony połączono siecią dróg, powstało metro. Kraj wdraża również gospodarkę wzorowaną na zachodnim stylu. W Katarze powstały filie zachodnich uniwersytetów, a w Doha znajduje się największa amerykańska baza wojskowa na Bliskim Wschodzie. W obliczu rosyjskiej agresji kraj postanowił zacieśnić relacje gospodarcze ze Stanami Zjednoczonymi, aby zwiększyć dostawy gazu do Europy, który jest głównym surowcem znajdującym się w Katarze.

Co z tą ekologią?

Choć kilka zdań wcześniej wspominałem o Stadium 974, który jest pierwszym w pełni demontowalnym stadionem w historii mundialu, to ekolodzy nie są zadowoleni z działań podejmowanych przez Katar. Organizator mundialu obiecał zasadzić milion drzew, lecz aktywiści uważają, iż jest to zdecydowanie za mało. Według nich kraj powinien dołożyć jak największych starań, aby wykorzystywać energię słoneczną czy wiatrową. Środowiska ekologiczne oczekiwały od Kataru znacznie więcej, niż naturalnie wentylowany stadion i „kilka” zasadzonych drzewek.

Śmierć i niewolnictwo w cieniu wielkiej imprezy

Choć powstało wiele pięknych stadionów, a infrastruktura Kataru znacznie się poprawiła, organizatorzy przyczynili się do śmierci wielu ludzi. Kilka miesięcy temu The Guardian podawał informację o ok. siedmiu tysiącach osób, które zginęły podczas tworzenia wszystkiego, co potrzebne, aby turniej się odbył. Na Bliskim Wschodzie funkcjonuje nowoczesne niewolnictwo, za które odpowiada kafil. W języku arabskim słowo to oznacza sponsor, w którego ręce trafia zagraniczny pracownik zaraz po przyjeździe do Kataru. Od tego czasu nie może on opuścić kraju bez pisemnej zgody swojego kafila.

— To system, który jest w zasadzie zalegalizowaną formą niewolnictwa. Ma regulować proces migracyjny i pracę osób, które pochodzą z biednych krajów. Ma im to w teorii zapewnić wszelkie prawa związane z zatrudnieniem. W praktyce wygląda to tak, że sponsor – firma lub prywatny obywatel – zaprasza takiego pracownika i… jest w zasadzie pozbawiony jakiegokolwiek nadzoru — w taki sposób Marcin Margielski, autor książek o tematyce arabskiej, opisał system kafala.

— Katar jest zdeterminowany, by dopłacić tyle, ile trzeba, by mistrzostwa świata w 2022 r. doszły do skutku i to w pełnym blasku, natomiast jestem przekonany, że dopłata ta nie będzie dotyczyć najciężej pracujących robotników. Oni nie są w żadnym stopniu traktowani podmiotowo. Frustrujące jest to, że poprawa jakości życia tych osób mogłaby się odbyć stosunkowo niewielkim kosztem, że Katar naprawdę stać, by godnie zatrudniać pracowników — dodał.

Sponsorzy opłacają przyjazd pracownika do kraju, ale przy okazji odbierają mu wolność. Takiej osobie kafil konfiskuje wszelkie dokumenty tożsamości, co uniemożliwia chociażby zerwanie kontraktu. Tacy pracownicy mogą pozostać w kraju przez wiele lat bez możliwości uzyskania obywatelstwa, statusu rezydenta czy też powrotu do domu. Szacuje się, że w Katarze mieszka prawie 3 miliony osób, z czego 90% to pracownicy zagraniczni.

Mundial dla kibica z grubym portfelem

Na tegoroczny mundial mogą sobie pozwolić tylko najbogatsi. Zacznijmy oczywiście od biletów. Najtańsze wejściówki na mecz reprezentacji Polski kosztują 288 złotych. Bilety z kolejnych półek cenowych, to 691 i 922 złote. W fazie pucharowej bilety będą oczywiście drożeć. Za najtańszą kategorię za wejściówkę na spotkanie organizowane w ramach 1/8 finału zapłacimy co najmniej 403 złote, za ćwierćfinał 864 złote, za półfinał 1497 złotych, za mecz o trzecie miejsce 864 złote, a za finał 2534 złote. Organizator przygotował również specjalny pakiet biletowy zezwalający na obejrzenie trzech meczów grupowych jednej drużyny. Najtańszy z nich (cena zależna od reprezentacji) kosztuje 950 złotych.

Taki turniej, to nie tylko bilety na mecze, ale także podróż, nocleg czy też jedzenie. W tej chwili najtańszy przelot znaleziony przeze mnie na trasie Warszawa – Doha w terminie 21 listopada – 1 grudnia (wylot dzień przed pierwszym meczem Polaków, powrót dzień po ostatnim spotkaniu) kosztuje prawie 6 tysięcy złotych. Ofert noclegowych na Bookingu już nie ma. Jeszcze 2 tygodnie temu najtańsze rezerwacje zaczynały się od 400 złotych za dobę i były dostępne na stronie organizatora turnieju. Aby móc w ogóle rozpocząć proces bookowania, trzeba było potwierdzić chęć aplikacji o bilet i wpisać specjalny kod. Może pojawić się szansa na wolne noclegi z programu FIFA Family. Jest to biuro, które dokonuje rezerwacji dla sponsorów, gości itp. Jeśli zostaną jakieś miejsca, trafią one do sprzedaży. Dodatkowo, w katarskich portach zacumowano dodatkowe jachty, które mają zwiększyć liczbę miejsc noclegowych. Ceny zaczynają się od 700 złotych za noc wzwyż.

Z przemieszczaniem się po Doha nie powinno być większych problemów. W mieście istnieje rozbudowana sieć metra, a cena za bilet przesiadkowy wynosi po przeliczeniu niewiele ponad 2 złote. Dodatkowo, istnieje również państwowa firma taksówkarska. Za trzaśnięcie drzwiami zapłacimy 25 katarskich riali (prawie 30 złotych). Każdy kolejny kilometr, w zależności od pory dnia, kosztuje od 1.20 do 1.80 riala.

Pamiętajmy również, że na meczu Mistrzostw Świata w Katarze najprawdopodobniej nie będziemy mogli wypić piwa. W tym kraju alkohol można spożywać tylko i wyłącznie w klubach oraz hotelach, a koszt jednej butelki piwa wynosi tam nawet 60 złotych! Alkohol jak na razie ma być tylko dostępny w lożach VIP. Ceny najmu sięgają wysokości nawet 5 tysięcy dolarów. FIFA jednak mocno naciska na katarskie władze, aby zwykli kibice mogli zakupić piwo w stadionowych kioskach. Presję wywiera również jeden ze głównych sponsorów turnieju – właściciel marki Budweiser.

Chcąc wejść na mecz musimy mieć ze sobą Hayya Card. Jest to specjalny dokument, które wymagają katarskie władze. Zezwala ona na wejście na stadion. Kartę można wyrobić na stronie organizatora – qatar2022.qa. Przy rejestracji, poza wejściówką na spotkanie, musimy mieć również wykupiony nocleg.

Mundial w Katarze, to nie tylko piękne stadiony. Ten turniej zostanie zapamiętany również przez pryzmat niewolnictwa, śmierci wielu niewinnych osób czy też wszelkich afer korupcyjnych. Miejmy nadzieję, że pod koniec roku będą górować sportowe emocje i wrócimy z Kataru z dobrymi wspomnieniami, w pozytywnych nastrojach, a nie tak, jak po katarskich Mistrzostwach Świata w piłce ręcznej organizowanych w 2015 roku.

Złota Piłka nie jest tego warta. Dlaczego Lewandowski powinien zostać w Bayernie?

Od dłuższego czasu przyszłość Roberta Lewandowskiego stoi pod znakiem zapytania. Kontrakt Polaka z Bayernem Monachium wygasa latem 2023 roku. Klub w dalszym ciągu nie podjął jednak kroków ku przedłużeniu współpracy z 33-letnim snajperem. W mediach natomiast narastają głosy o potencjalnym odejściu „RL9” do innego klubu. Czy zmiana otoczenia w tym momencie miałaby jednak sens?

Lewandowski w Bayernie występuje od 2014 roku. Do Bawarii trafił 1 lipca, jako wolny zawodnik po wygaśnięciu kontraktu z Borussią Dortmund. Przez niespełna osiem lat, które spędził na Allianz Arenie, Polakowi udało się na stałe zapisać zarówno w historii „Die Roten”, jak i całej Bundesligi. Łącznie dla mistrzów Niemiec strzelił aż 339 goli w 367 występach.

W zeszłym sezonie pobił także rekord Gerda Muellera z sezonu 1971/72, pod względem liczby bramek strzelonych w jednym sezonie niemieckiej ekstraklasy. Co więcej, jest również drugim najskuteczniejszym piłkarzem w historii klubu. W klasyfikacji wyprzedza go jedynie wspomniany Gerd Mueller (523 gole).

Z Bayernem sięgnął wielokrotnie po mistrzostwo i puchar Niemiec, zdobywał tytuł króla strzelców, a do swojej gabloty dołożył także Ligę Mistrzów. W dorobku ma także Superpuchar Europy, kilka Superpucharów Niemiec czy Klubowe Mistrzostwa Świata.

Wypalenie materiału?

Tak pokaźna ilość trofeum i osiągnięć, jakie udało się zdobyć Lewandowskiemu w Bayernie, budzi wielki podziw. Sugeruje jednak, że dobił do pewnej granicy, której nie da się już przekroczyć. Niewykluczone również, że sam zawodnik odczuwa pewną monotonię, grając w tym samym klubie od tylu lat.

W związku z tym coraz częściej słychać głosy o potencjalnym transferze 33-latka. Plotki potęguje również niepewna sytuacja kontraktowa Lewandowskiego. Bayern w dalszym ciągu nie ogłosił porozumienia w sprawie przedłużenia jego umowy.

Letnie okienko transferowe będzie prawdopodobnie ostatnią szansą na uzyskanie pieniędzy z odejścia Polaka. Obecny kontrakt obowiązuje bowiem do 30 czerwca przyszłego roku. Za kilka miesięcy Lewandowski będzie mógł zatem negocjować warunki umowy z innym klubem, a w czerwcu opuścić Allianz Arenę za darmo.

Legenda

W takim wypadku Bayern ma dwie opcje. Albo zaproponować „Lewemu” sowitą podwyżkę i walczyć o jego zatrzymanie, albo „pozbyć się go” latem. Dużo słyszy się o zainteresowaniu ze strony FC Barcelony czy Paris Saint-Germain, z czego Blaugrana miała już rozmawiać z Pinim Zahavim, agentem napastnika. Sam Izraelczyk podobno mocno naciska na transfer swojego klienta.

Gdyby do takiego ruchu doszło, to Lewandowskiemu oczywiście trudno będzie się dziwić. Jak wyżej wspomniałem – z Bayernem osiągnął wszystko. Tak naprawdę obecnie może jedynie śrubować kolejne rekordy klubu czy Bundesligi. Zmiana otoczenia byłaby dla niego na pewno nowym, ciekawym wyzwaniem i pewną zmianą w życiu, której być może potrzebuje.

Z innej jednak strony, warto spojrzeć na historię, jaką Polak zbudował w stolicy Bawarii. Lewandowski już w tym momencie należy do klubowych legend, a jego nazwisko pojawia się obok Gerda Muellera, Franza Beckenbauera czy Lothara Matthaeusa. Pięknym zwieńczeniem tej przygody, byłoby osiągnięcie statusu najlepszego strzelca w historii „Die Roten”, do czego brakuje mu jeszcze 184 trafienia. Zadanie jest niebywale trudne, ale biorąc pod uwagę formę kapitana „Biało-Czerwonych” oraz jego ambicję – nie niewykonalne.

Warto też nadmienić fakt, że Lewandowski dużą i ważną część swojego życia spędził w Niemczech. Polak żyje w tym kraju od 2010 roku, kiedy to trafił do Borussii Dortmund. To też tam się urodziły i wychowują się jego córki, Klara i Laura. Czy aby na pewno chciałby wywracać teraz życie swoje i swojej rodziny do góry nogami?

Korzyści

Nie da się jednak ukryć, że za zmianą klubu stoją też pewne argumenty. A szczególnie jeden. Zmiana barw pomogłaby Lewandowskiemu zyskać na medialności. Transfer do PSG czy FC Barcelony z pewnością zwiększyłby szanse Polaka na zwycięstwo w plebiscycie Złotej Piłki. Nagroda „France Football” jest jedyną indywidualną statuetką, jakiej w swoim dorobku nie ma jeszcze lider Bawarczyków.

Czy jest to jednak nagroda, przez którą warto kończyć swoją wspaniałą przygodę napisaną w Niemczech? Czy nie byłoby pięknie, gdyby nasz rodak został w Bayernie do końca kariery i zakończył tam swoją przygodę z piłką, jako jedna z największych legend?

Oczywiście ostatnie słowo i tak będzie należało do mistrzów Niemiec. Bayernowi do przedłużenia zostały także kontrakty Thomasa Muellera oraz Manuela Neuera. Wspomniana dwójka, wraz z Lewandowskim, inkasuje największą pensję na Allianz Arenie. Niewykluczone zatem, że kwestie finansowe ostatecznie zdecydują o tym, że ktoś będzie musiał się z Bawarią pożegnać.

– Musimy się upewnić, że nasza jakość i kwestie ekonomiczne pójdą w parze. Pandemia wciąż trwa, nadal nie mamy pełnego stadionu. Przechodzimy przez trudny okres pod względem finansowym – stwierdził kilka tygodni temu Hasan Salihamidzić, dyrektor sportowy Bayernu.

– Dochodzą do mnie informacje, że Bayern nie jest w stanie przedłużyć umowy z całą trójką. Jeśli to się zgadza, to ktoś z nich będzie musiał wybrać nowy klub – mówił natomiast dla „WP Sportowe Fakty” Radosław Gilewicz, były piłkarz VfB Stuttgart, a obecnie ekspert Viaplay.

Scheda

Ewentualne rozstanie z Lewandowskim postawiłoby przed Bayernem ciężkie zadanie. Mianowicie znalezienie dla niego godnego następcy. Tych na rynku nie ma jednak zbyt wielu. Monachijczycy mogliby postawić na Erlinga Haalanda, co często przewijało się w niemieckich mediach. Problemem Norwega jest jednak jego zdrowie i łatwość w łapaniu kontuzji. W ostatnich miesiącach 21-latek coraz częściej łapał kontuzje, co wpływa na częstotliwość jego występów.

Innym potencjalnym następcą mógłby zostać Karim Adeyemi. 20-latek w bieżącym sezonie potwierdzał drzemiący w nim talent. Dla Salzburga rozegrał w sumie 37 meczów, w których strzelił 19 goli. Obecnie podąża podobną drogą, co Norweg, ale w odróżnieniu od starszego od siebie o rok napastnika – nie jest jeszcze na tyle doświadczonym i bramkostrzelnym zawodnikiem. Adeyemi to także inny profil piłkarza, niż Lewandowski czy Haaland. Ściągnięcie go na Allianz Arenę oznaczałoby zmianę stylu gry.

Ostatnio wypłynęła także informacja, że Bayern obserwuje innego piłkarza Salzburga. Mowa mianowicie o Benjaminie Sesko. 18-letni zaledwie Słoweniec mierzy aż 194 cm wzrostu, otrzymał w tym sezonie 29 szans w pierwszym zespole RB. Strzelił w nich 8 bramek i dodał siedem asyst. Już teraz mówi się o nim, że ma szanse zostać „nowym Haalandem”, lecz to wciąż jedynie melodia przyszłości.

Bayern ma także piłkarzy aspirujących do gry w pierwszej drużynie z własnej akademii. Duże nadzieje pokłada się w Arijonie Ibrahimoviciu. Piłkarz z rocznika 2005 już teraz imponuje swoimi boiskowymi poczynaniami w młodzieżówce „Die Roten”. W 25 występach 9 razy trafiał do siatki rywali, do czego dołożył też aż 14 asyst. Na koncie ma także 10 występów zwieńczonych ośmioma golami dla reprezentacji Niemiec U17. Wejście napastnika do pierwszej drużyny Bawarczyków wydaje się więc kwestią czasu. Trudno jednak sądzić, aby z miejsca dał radę zastąpić Lewandowskiego.

Kto zdobędzie tytuł mistrza Polski? Końcówka Ekstraklasy i siedem finałów przed trzema drużynami

Ekstraklasa wkracza w kluczową fazę sezonu. Do końca rozgrywek zostało siedem kolejek, a wciąż nie można określić, kto ma największe szanse na zdobycie tytułu. O mistrzostwo Polski biją się Pogoń Szczecin, Raków Częstochowa i Lech Poznań. Każdy z tych zespołów ma swoją presję do zdobycia tego trofeum.

Kandydaci do tytułu

Pogoń Szczecin nigdy nie zdobyła żadnego trofeum, dlatego w stolicy województwa zachodniopomorskiego chcieliby wreszcie zaznać smaku sukcesu. Powrót Kamila Grosickiego ma być jasnym sygnałem do innych klubów, że Portowcy walczą o najwyższe cele.

Raków Częstochowa chce cały czas iść w górę – w poprzednim sezonie RKS zdobył Puchar Polski oraz zajął drugie miejsce w lidze. W tle pozostaje również motywacja Marka Papszuna, który co kilka miesięcy przypomina, że zamierza trenować do pięćdziesiątki (trener w sierpniu skończy 48 lat). Szkoleniowiec Rakowa z pewnością chciałby zapisać się na kartach historii, jako jeden z mistrzów Polski.

Lech z kolei marzy o powrocie na szczyt po latach porażek, a stulecie istnienia ma być do tego idealną okazją. Ekipa z Poznania poczyniła wiele kroków, aby należycie świętować okrągłe urodziny klubu. Kadra Kolejorza jest najprawdopodobniej najlepsza w całej lidze. Wielu zmienników Lecha miałoby podstawowe miejsce w składzie większości pozostałych klubów Ekstraklasy. Na ławkę trenerską w końcówce poprzedniej kampanii sprowadzono absolutnego mistrza polskiej ligi – Macieja Skorżę. 50-letni szkoleniowiec ma na swoim koncie trzy mistrzostwa Polski, tyle samo Pucharów Polski i jeden Superpuchar. Takie doświadczenie z pewnością może pomóc Lechowi Poznań w osiągnięciu celów na 100-lecie istnienia.

Analiza terminarza

Do końca sezonu PKO BP Ekstraklasy pozostało półtora miesiąca. Przed każdym z zespołów siedem kolejek, które będą „finałami”. Terminarz rozgrywek z pewnością odegra kluczową rolę w wyłonieniu zwycięzcy bieżącego sezonu. Kto zatem ma teoretycznie największe szanse na tytuł? Prognozy wskazują na Raków Częstochowa. I faktycznie terminarz „Medalików” wygląda na papierze na najlepszy.

Pogoń Szczecin:

  • Wisła Płock (D)
  • Jagiellonia Białystok (W)
  • Legia Warszawa (D)
  • Raków Częstochowa (D)
  • Śląsk Wrocław (W)
  • Lechia Gdańsk (W)
  • Bruk-Bet Termalica Nieciecza (D)

Raków Częstochowa:

  • Śląsk Wrocław (D)
  • Bruk-Bet Termalica Nieciecza (W)
  • Górnik Łęczna (D)
  • Pogoń Szczecin (W)
  • Cracovia (D)
  • Zagłębie Lubin (W)
  • Lechia Gdańsk (D)

Lech Poznań:

  • Legia Warszawa (D)
  • Wisła Płock (W)
  • Stal Mielec (D)
  • Górnik Łęczna (D)
  • Piast Gliwice (W)
  • Warta Poznań (W)
  • Zagłębie Lubin (D)

Według wyliczeń Piotra Klimka Raków Częstochowa ma 36,2% na zdobycie tytułu, Pogoń Szczecin 33,5%, a Lech Poznań 30,3%. Wszystkie trzy zespoły mają prawie zagwarantowane podium i udział w następnej edycji eliminacji do europejskich pucharów.

„Atut” Kolejorza

Lech Poznań znajduje się w uprzywilejowanej sytuacji, ponieważ ma za sobą spotkania z bezpośrednimi rywalami. Kolejorz może spokojnie czekać na rozstrzygnięcie spotkania Pogoni Szczecin z Rakowem Częstochowa w 31. kolejce Ekstraklasy. Pewność, że któraś z wymienionych drużyn straci punkty, nie może jednak przyćmić faktu, że to niebiesko-biali są obecnie najniżej w tabeli.

  1. Pogoń Szczecin – 56 pkt.
  2. Raków Częstochowa – 55 pkt.
  3. Lech Poznań – 55 pkt.

Lechici muszą również brać pod uwagę fakt, że ich bezpośredni bilans bramkowy z Rakowem jest ujemny. W pierwszym meczu pomiędzy tymi drużynami padł remis 2:2. W drugim spotkaniu Kolejorz uległ częstochowianom przy ulicy Bułgarskiej (0:1). To oznacza, że do końca sezonu Lech Poznań musiałby zdobyć przynajmniej o punkt więcej od Rakowa Częstochowa, aby zostać mistrzem Polski.

W przypadku rywalizacji z Pogonią Szczecin bilans Lecha Poznań jest dodatni. Kolejorz zremisował z Portowcami u siebie 1:1, a na wyjeździe rozbił podopiecznych Kosty Runjaicia 3:0.

Presja ze strony Marka Papszuna i odpowiedź Macieja Skorży

Lech Poznań przegrał z Rakowem Częstochowa w 24. kolejce Ekstraklasy. Marcowa potyczka obu zespołów zakończyła się wynikiem 0:1. Mimo wygranej na trudnym terenie trener Medalików nadal uważał, że to Kolejorz jest faworytem do zdobycia mistrzostwa Polski.

– Wygrać na Bułgarskiej nie jest łatwo. W tym sezonie nikomu to się jeszcze nie udało. Wypracowaliśmy to zwycięstwo i to mnie bardzo cieszy. Pokazaliśmy dużą dojrzałość. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że będziemy mieć tu trudne momenty, ale długimi fragmentami graliśmy na naszych warunkach i tym jestem zbudowany. Mimo tej porażki Lech jest głównym kandydatem do mistrzostwa. Ja go tak postrzegam – mówił po meczu z Lechem Poznań Marek Papszun.

Szkoleniowiec Rakowa Częstochowa miał po tym meczu zarzuty do sędziego Damiana Sylwestrzaka. Marek Papszun zwrócił uwagę na zachowanie Bartosza Salamona, który w tym spotkaniu odepchnął jednego z piłkarzy Medalików we własnym polu karnym. Arbiter nie podyktował jednak jedenastki, co rozwścieczyło trenera RKS-u.

– Sędzia Sylwestrzak jest bardzo młodym, rokującym sędzią, natomiast według mojej oceny jest wrzucany od razu na zbyt głęboką wodę. To dla nikogo nie jest dobre i dzisiaj to było widać, że ranga meczu była troszeczkę za wysoka – narzekał Papszun.

Sędziowie i ich decyzje

Powyższa wypowiedź nie była jedynym „zagraniem” trenera Rakowa Częstochowa w tym aspekcie. Papszun narzekał na sędziowanie także po 25. kolejce. Lech Poznań zremisował wówczas z Wisłą Kraków (1:1). Biała Gwiazda przy wyniku 1:0 zdobyła drugą bramkę. Gola ostatecznie anulowano, co wywołało sporą dyskusję w środowisku piłkarskim.

Marek Papszun nie zamierzał nabierać wody w usta. Trener Rakowa Częstochowa wprost przyznał, że decyzje sędziowskie wpływają na korzyść Lecha Poznań. 47-latek opowiedział o tym w rozmowie z TVP Sport po meczu RKS-u ze Stalą Mielec (2:1).

– Moim zdaniem Lech ma największe szanse, by sięgnąć po tytuł, biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich odbywają się ich ostatnie mecze. Mówię tu o sędziowaniu: tak przeciwko Wiśle Kraków, jak i nam tydzień temu. Moim zdaniem arbitrzy nie wypełniają swoich obowiązków, jak należy, ale co my możemy zrobić? Musimy grać i wygrywać – narzekał.

Kilka dni później na słowa Marka Papszuna odpowiedział Maciej Skorża. Szkoleniowiec Lecha Poznań zaapelował do sędziów, aby nie dali się nabierać na narzucaną presję przez trenera Rakowa.

– Mam nadzieję, że środowisko sędziowskie jest odporne na tego typu prowokacje. Mam nadzieję, że to nie będzie miało wpływu. Jakby przeanalizować wszystkie decyzje – co jest normalne, w przypadku Rakowa też by się wiele takich kontrowersyjnych znalazło. To jest coś normalnego. Nie zamierzam iść tą drogą. Odkąd wróciłem do Ekstraklasy, aspekt sędziowania naprawdę się naprawił – powiedział Skorża na konferencji prasowej.

Najlepszy sezon od lat?

Przed nami, kibicami polskiej piłki jeszcze wiele emocji. Do końca sezonu pozostało 7 kolejek, które rozstrzygną wszystko. Medialne przepychanki nabierają rozpędu, trenerzy przerzucają presję na inne zespoły, a wszystkiemu przyglądają się tysiące kibiców. Ten sezon Ekstraklasy ogląda mi się najlepiej od lat. Ostatni raz tak ciekawie było w sezonie 2016/17. Wówczas o mistrzostwo do końca walczyły cztery zespoły – Legia Warszawa, Lech Poznań, Jagiellonia Białystok i Lechia Gdańsk. W sezonie 2021/22 może być podobnie, czego wszystkim fanom polskiej piłki życzę.

Argentyna, Meksyk i Arabia Saudyjska. Jak do tej pory szło nam z tymi reprezentacjami?

Reprezentacja Polski poznała swoich przeciwników podczas fazy grupowej Mistrzostw Świata 2022. Jak do tej pory Biało-Czerwoni radzili sobie w starciach z reprezentacjami Argentyny, Meksyku i Arabii Saudyjskiej? W skrócie – różnie.

W piątek odbyła się ceremonia losowania fazy grupowej Mistrzostw Świata 2022. Reprezentacja Polski trafiła do grupy „C” wraz z Meksykiem, Arabią Saudyjską i Argentyną. Właśnie w takiej kolejności przyjdzie nam się zmierzyć z tymi zespołami w fazie grupowej. Szczegółowy plan meczów Roberta Lewandowskiego i spółki znajdziecie TUTAJ.

Argentyna

Reprezentacja Argentyny została wylosowana do grupy „C” z pierwszego koszyka. Albicelestes uchodzą za wyraźnego faworyta „polskiej” grupy. Nie ma się co takim opiniom dziwić, gdyż Messi i spółka zajmują 4. miejsce w rankingu FIFA, a w 2021 roku zwyciężyli w rozgrywkach Copa America.

Do tej pory reprezentacje Polski i Argentyny mierzyły się ze sobą w oficjalnych meczach 11-krotnie. W bezpośrednich starciach lepiej wypadają Albicelestes, którzy odnieśli 6 zwycięstw. Biało-Czerwoni ze spotkań z Argentyńczykami z tarczą wychodzili 3 razy. W dwóch przypadkach mecz kończył się remisem. Bilans bramkowy 18:12 na korzyść Argentyńczyków.

Na Mistrzostwach Świata obie ekipy mierzyły się ze sobą dwukrotnie. W 1974 roku lepsi okazali się Polacy, którzy wygrali 3:2. Cztery lata później Argentyńczycy udanie się zrewanżowali, wygrywając 2:0. W obu przypadkach były to mecze w fazie grupowej.

Ostatnie spotkanie pomiędzy Argentyną a Polską zostało rozegrane w 2011 roku. Co ciekawe, wówczas zwycięsko z tergo starcia wyszli podopieczni Franciszka Smudy, wygrywając 2:0. Bramki zdobyli Paweł Brożek oraz Adrian Mierzejewski. Warto jednak zaznaczyć, że wówczas Argentyńczycy przylecieli do Polski mocno rezerwowym składem. Z piłkarzy grających w tamtym meczu żaden Argentyńczyk nie gra obecnie w swojej reprezentacji. Jeśli jednak chodzi o Polaków, to w tamtym meczu wystąpili Szczęsny, Lewandowski, Grosicki oraz Klich.

Bilans meczów Polska-Argentyna:

  • 3 zwycięstwa Polski
  • 2 remisy
  • 6 zwycięstw Argentyny
  • bilans bramkowy 18:12 na korzyść Argentyńczyków

Meksyk

Reprezentacja Meksyku trafiła do grupy „C” z drugiego koszyka. Wydaje się, że Meksykanie powalczą z Polakami o wyjście z grupy z drugiego miejsca. Obie drużyny zagrają ze sobą już w pierwszej kolejce. Reprezentacja Meksyku zajmuje obecnie 9. miejsce w rankingu FIFA. W ubiegłorocznym turnieju Gold Cup zajęli drugie miejsce po porażce z USA w finale.

W oficjalnych meczach reprezentacje Meksyku i Polski mierzyły się ze sobą osiem razy. Ogólny bilans pojedynków można uznać za remisowy. Obie reprezentacje odniosły po 3 zwycięstwa. Dwukrotnie dochodziło do remisów. Jeśli jednak chodzi o bilans bramkowy, to w nim lepiej wypadają Meksykanie, którzy strzelili 13 goli, a Polacy zaledwie 9.

Podczas Mistrzostw Świata obie drużyny zagrały ze sobą tylko raz. Miało to miejsce w 1978 roku podczas fazy grupowej. Wówczas zwycięstwo 3:1 odnieśli Polacy. Tamten turniej Meksykanie zakończyli już na pierwszym etapie, przegrywając wszystkie trzy mecze grupowe. Z kolei Polacy po wygraniu grupy „2” awansowali do kolejnej fazy, do grupy „B”, gdzie jednak zajęli dopiero 3. miejsce.

Po raz ostatni Polska i Meksyk spotkały się ze sobą w meczu towarzyskim w 2017 roku. Selekcjoner Adam Nawałka mocno zmienił skład, co skończyło się klęską 0:1. Jedyną bramkę w tym meczu zdobył Raul Jimenez. Z piłkarzy grających w tamtym meczu w naszym zespole do dziś pozostali Szczęsny, Kędziora, Rybus, Linetty i Zieliński. Z kolei, jeśli chodzi o Meksykanów, to do dziś swoją karierę reprezentacyjną kontynuują Hector Moreno, Andres Guardado, Jesus Gallardo, Raul Jimenez, Nestor Araujo, Cesar Montes i Hirving Lozano.

Bilans meczów Polska-Meksyk:

  • 3 zwycięstwa Polski
  • 2 remisy
  • 3 zwycięstwa Meksyku
  • bilans bramowy 13:9 dla Meksykanów

Arabia Saudyjska

Ostatni z naszych rywali został wylosowany z czwartego koszyka. Saudyjczycy są uważani za wyraźnego outsidera grupy „C”. Obecnie zajmują oni 49. lokatę w rankingu FIFA. W kwalifikacjach do Mundiali wygrali swoją grupę. Saudyjczycy okazali się lepsi od m.in. Australii, czy Japonii.

Historia meczów między Polską a Arabią Saudyjską nie jest zbyt bogata. Reprezentacje tych krajów grały ze sobą zaledwie trzykrotnie. Komplet zwycięstw w tych starciach mają na swoim koncie Polacy. Bilans bramkowy 5:2 na korzyść Biało-Czerwonych. Co ciekawe, ani razu obie reprezentacje nie zmierzyły się ze sobą na Mundialu, za każdym razem był to mecz towarzyski.

Po raz ostatni reprezentacja Polski zmierzyła się z reprezentacją Arabii Saudyjskiej w 2006 roku. Jak wspomnieliśmy, było to spotkanie towarzyskie. Biało-Czerwoni wygrali 2:1. Obie bramki dla naszego zespołu zdobył Łukasz Sosin. Żaden z piłkarzy grających w tamtym meczu nie kontynuuje kariery reprezentacyjnej.

Bilans meczów Polska-Arabia Saudyjska:

  • 3 zwycięstwa Polski
  • 0 remisów
  • 0 zwycięstw Arabii Saudyjskiej
  • bilans bramkowy 5:2 na korzyść Polaków

Siwy bajerant sam zakończył swoją przygodę z reprezentacją Polski. Tęsknić nie będziemy [KOMENTARZ]

Co jak co, ale takiego zakończenia przygody Paulo Sousy z reprezentacją Polski chyba nikt się nie spodziewał. Co prawda formalnie Portugalczyk nadal jest związany kontraktem z Polskim Związkiem Piłki Nożnej, jednak chyba nikt sobie nie wyobraża, że poprowadzi on polską drużynę narodową w marcowych barażach. Niewyjaśniona pozostaje kwestia przyszłości 51-letniego trenera, jednak w najbliższych dniach powinniśmy otrzymać oficjalną informację od władz PZPN.

Pamiętamy, w jakich okolicznościach Paulo Sousa przejmował reprezentację Polski. W styczniu tego roku Zbigniew Boniek, ówczesny prezes PZPN, niespodziewanie zdecydował się rozstać z Jerzym Brzęczkiem, na kilka miesięcy przed startem EURO 2020. Kilka dni później ogłoszono, że nowym selekcjonerem reprezentacji Polski zostanie Paulo Sousa.

Co wówczas wiedzieliśmy o Paulo Sousie? Jak spojrzeliśmy w jego CV, to mogliśmy zauważyć, że jest on typem trenera, który nie potrafi nigdzie zagrzać miejsca na nieco dłuższy okres. Jeśli chodzi o osiągnięcia, to Portugalczyk posiadał ich zdecydowanie więcej w karierze piłkarskiej, aniżeli trenerskiej.

Jako jeden z jego atutów wymieniano umiejętność komunikacji w kilku językach. Później się jednak okazało, że ta wiedza nie była zbytnio potrzebna, gdyż piłkarze, którzy nie mogli liczyć na regularne powoływania, wielokrotnie narzekali na brak kontaktu ze strony sztabu reprezentacji. We wcześniejszych miejscach pracy Sousa dał się także poznać jako trener elastyczny taktycznie, czego także doświadczyliśmy podczas jego okresu z reprezentacją Polski. Z drugiej strony mówiło się o jego ciężkim charakterze, zwłaszcza podczas rozmów z władzami poszczególnych klubów w kwestii m.in. transferów, czy też wypuszczania wrażliwych informacji do mediów.

Z ciekawego powodu zakończyła się także jego przygoda z QPR. W 2009 roku władze QPR postanowiły podziękować Sousie za współpracę, oskarżając go o wycieki z klubu. Z kolei okres pracy w Bordeaux całościowo można uznać za niewypał, w 42 meczach Portugalczyk osiągnął średnią zdobytych punktów na mecz wynoszącą 1,21. Do tego doszły machlojki przy przeprowadzaniu transferów ze względu na wpisany do kontraktu zapis dot. procentu od sprzedaży. Na koniec przykład końca pracy w Maccabi Tel Aviv, bliźniaczo podobny do końca pracy z reprezentacją Polski. 18 maja Sousa dementował plotki o odejściu, a 10 dni później ogłoszono jego odejście z klubu.

Przywitanie

Na starcie Paulo Sousa dał się poznać polskim kibicom jako inteligentny, wykształcony facet z wysokim poziomem kultury osobistej. W filmie powitalnym Portugalczyk przywitał się z Polakami, rozpoczynając przywitaniem w języku polskim. Dalej Portugalczyk mówił o ogromnej dumie płynącej z możliwości pracy z reprezentacją Polski. Wszystko wyglądało naprawdę ładnie, jednak wydaje się, że był to tylko i wyłącznie zabieg pr-owy, o czym świadczy jego chęć odejścia z reprezentacji Polski i sposób, w jaki tego dokonał. Paulo Sousa potraktował pracę w Polsce tylko i wyłącznie jako trampolinę do większych klubów.

Brak większych sukcesów

Na początku zaznaczę, że byłem zwolennikiem Paulo Sousy. Nie tylko dlatego, że podobał mi się jego pomysł na reprezentację Polski, ale też dlatego, że przez masę osób był często niesłusznie krytykowany. Jasne, nie da się usprawiedliwić zaledwie jednego zdobytego punktu na EURO 2020, czy też odpuszczenia listopadowego meczu z Węgrami. Jednak czasami nie dało się już słuchać opinii „ekspertów”, którzy narzekali choćby na wyjazdowy remis z Węgrami, który został ugrany na pierwszym zgrupowaniu pod wodzą Sousy. Mimo wszystko patrząc całościowo, byłem jak najbardziej za kontynuacją tego projektu. Od początku pracy Portugalczyka widziałem pomysł na tę drużynę, który natychmiast do mnie trafił. Szczególnie podobały mi się aspekty ofensywne, bo po dwóch latach posuchy za kadencji Jerzego Brzęczka, reprezentacja w końcu zaczęła grać odważnie, strzelając przy tym mnóstwo bramek. Jasne, do poprawy były mecze ze słabszymi rywalami oraz problem w postaci tracenia zbyt wielu bramek, jednak mecze z „większymi” rywalami napawały mnie optymizmem. Widziałem to nie tylko ja, ale także piłkarze, którzy wielokrotnie powtarzali, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Ponadto nasi reprezentanci często mówili o dobrej atmosferze podczas zgrupowań, która miała być najlepsza od lat.

Oszukał wszystkich

Tak jak w styczniu nie spodziewaliśmy się zwolnienia Jerzego Brzęczka, tak podczas tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia chyba nikt nie przewidziałby, że Paulo Sousa postanowi porzucić reprezentację Polski na niespełna 3 miesiące przed arcyważnymi barażami do Mistrzostw Świata. Ostatnie kilkanaście dni upłynęło pod znakiem plotek nt. przyszłości Paulo Sousy. Brazylijskie media pisały, że przedstawiciele Flamengo mieli spotkać się z selekcjonerem reprezentacji Polski w celu omówienia współpracy. Plotki są nieodłączną częścią futbolu, więc początkowo mało kto brał te doniesienia na poważnie. Tym bardziej że sam Sousa, a także jego agent, kilka dni później dementowali te doniesienia. Zresztą kilka dni wcześniej doszło do spotkania Portugalczyka z prezesem PZPN, Cezarym Kuleszą, na którym nie było tematu zakończenia współpracy. Paulo Sousa w wywiadach powtarzał, że plotki były i nadal są, jednak obecnie skupia się on na marcowych barażach, przypominając o ważnym kontrakcie z PZPN. Słowa 51-letniego trenera na nic się jednak zdały, bo 26 grudnia Cezary Kulesza przekazał, że został on poinformowany o chęci rozwiązania kontraktu z Paulo Sousą za porozumieniem stron. Prezes PZPN zdecydował się odrzucić tę propozycję, co osobiście uważam za odpowiednią decyzję. Jasne, że nie wyobrażam sobie, by przy takiej atmosferze Sousa mógł nadal pracować z polskimi piłkarzami. W najbliższych dniach władze PZPN zapewne podejmą konkretną decyzję ws. przyszłości wciąż obecnego selekcjonera reprezentacji Polski.

Paulo Sousa oszukał wszystkich. Siwy bajerant oszukał nie tylko polskich kibiców, ale także swojego pracodawcę oraz przede wszystkim piłkarzy. Do tego oszukał nie tylko polskich, ale także brazylijskich dziennikarzy. Przypomnę tylko, że jeszcze kilka dni temu w Brazylii podawano za pewnik informację o dołączeniu Sousy do Internacionalu Porto Alegre. Niedługo później okazało się, że Portugalczyk doszedł do porozumienia z Flamengo, które było dla niego pierwszą opcją. Całe zamieszanie trwa dopiero kilka dni, a w mediach już ukazały się komentarze naszych reprezentantów. Jeden z nich napisał „Czuję się jak frajer. Tyle razy ch*ja broniłem, wstawiałem się za nim, a na koniec taki strzał. Stracił wszystko w moich oczach”. Po takich słowach nie ma możliwości, by zespół ponownie zaufał portugalskiemu trenerowi.

Opinia

Mówi się, że jedyną pewną rzeczą w życiu jest zmiana. Nie inaczej jest w świecie futbolu, w którym zmiany odgrywają ogromną rolę. Jedni trenerzy przychodzą, a następnie są zastępowani kolejnymi. Kwestię sportową odstawmy na bok, bo przed Paulo Sousą został postawiony cel, w postaci awansu na Mundial w Katarze. Naszej reprezentacji udało się awansować do baraży, więc misja nadal nie została zakończona. Nie da się ukryć, że opcja pracy we Flamengo spadła Sousie z nieba. Jestem w stanie zrozumieć, że trener w pewnym momencie potrzebuje zmian, nowych wyzwań, a jeśli pojawia się oferta lepsza pod względem finansowym, to chce z niej skorzystać. Jasne, Flamengo to ogromna marka z dużą rzeszą kibiców, ale argument, że dużo klub zgłasza się po Sousę, nie usprawiedliwia jego zachowania. Chęć odejścia jak najbardziej rozumiem, bo Sousa w Polsce ani nie był jakoś bardzo szanowany, ani nie mógł liczyć na pewną posadę, bo było wielce prawdopodobne, że jego praca w PZPN zakończy się w marcu. Mimo wszystko Portugalczyk mógł to rozegrać zdecydowanie lepiej. Nie potrafię zrozumieć kłamstwa. Kiedy po pierwszych opublikowanych plotkach Paulo Sousa udzielał wywiadu, to mówił, że są to tylko i wyłącznie wymysły mediów, a on skupia się wyłącznie na pracy z reprezentacją Polski. Wszystko to okazało się kłamstwem, grą i przykładem hipokryzji. Minęło zaledwie kilka dni, by Portugalczyk wraz ze swoim agentem zwrócił się do PZPN z propozycją rozwiązania kontraktu za porozumieniem stron. Kiedy ta informacja ujrzała światło dzienne, obecny selekcjoner reprezentacji Polski nie odpisała na wiadomości żadnemu z polski dziennikarzy. Niewykluczone, że wkrótce Sousa pozostanie na lodzie. Wszystko zależy od decyzji Cezarego Kuleszy i jego współpracowników. Portugalczyk nie poprowadzi już reprezentacji Polski w żadnym meczu, to jest już niemal pewne, jednak wciąż on posiada ważny kontrakt z PZPN. Jeśli Kulesza będzie chciał zagrać na nosie 51-letniemu trenerowi, to może on doprowadzić do tego, że Flamengo zrezygnuje z jego usług. Bardzo możliwe, że PZPN zgłosi także sprawę do FIFA. Panie Sousa, dziękujemy za piękny spektakl kłamstwa i hipokryzji, bo dawno czegoś takiego nie widzieliśmy i miejmy nadzieję, że długo czegoś takiego nie doświadczymy.

Kilka lat temu dostarczał sprzęt AGD. Poznajcie bohatera AC Milan

Junior Messias okazał się bohaterem AC Milan w środowym spotkaniu Ligi Mistrzów przeciwko Atletico Madryt. 30-letni Brazylijczyk 2 sezony temu występował w Serie B, a w kampanii 2017/2018 grał w drużynie z czwartego poziomu rozgrywkowego we Włoszech.

Za nami piąta seria gier tegorocznej odsłony Ligi Mistrzów. Na papierze jednym z najciekawiej zapowiadających się spotkań była potyczka Atletico Madryt z AC Milan. Co prawda piłkarze nie rozpieścili kibiców pod względem liczby zdobytych bramek (padła tylko jedna), ale za to byliśmy świadkami niesamowitej historii z udziałem Juniora Messiasa.

Wygrana Milanu

Faworytem wczorajszego starcia było Atletico Madryt. Co prawda podopieczni Simeone nie rozpoczęli najlepiej zmagań w tym sezonie Ligi Mistrzów (4 punkty w pierwszych 4 meczach), jednak AC Milan wystartował jeszcze gorzej (1 punkt w pierwszych 4 meczach). W pierwszym meczu pomiędzy obiema drużynami lepsze okazało się Atletico, które wygrało 2:1. We wczorajszym spotkaniu wydawało się, że padnie remis, gdyż żadna ze stron nie mogła przedrzeć się przez zasieki rywala. Koniec końców w meczu padła bramka, a jej autorem był Junior Messias, który trafił do bramki rywala w 87. minucie meczu.

Nieoczywisty bohater

Gdybyśmy usłyszeli jeszcze kilka dni temu, że Milan wygra z Atletico 1:0 po bramce w końcówce meczu, to chyba nikt nie postawiłby, że będzie to Junior Messias. 30-letni Brazylijczyk trafił do AC Milan pod koniec letniego okienka transferowego w ramach wypożyczenia. Do tej pory dla Rossonerich zagrał 3 razy i zdobył jedną bramkę, właśnie przeciwko Atletico.

Trudne początki

Junior Messias urodził się w Brazylii, jednak tam nie dostrzeżono jego talentu do gry w piłkę. Swoje umiejętności szkolił podczas luźnej gry ze znajomymi, a także grając dla małego, lokalnego klubu. Akademia żadnego wielkiego klubu z Brazylii nie była przekonana co do jego umiejętności i potencjału. W 2011 roku Messias trafił do Włoch w wieku 20 lat, by dołączyć do swojej rodziny, która udała się tam za pracą.

– Nauczyłem się grać kopiąc piłkę z kolegami na ulicy. Czasami samemu wychodziłem z piłką i po prostu odbijałem ją od ściany. Grałem wszędzie tam, gdzie był kawałek wolnej przestrzeni. To było piękne – wspominał Brazylijczyk.

Pierwsza praca we Włoszech

Brazylijczyk chciał kontynuować swoją przygodę z piłką, zgłosił się do kilku klubów z Serie D, jednak wszędzie mu podziękowano. Aby się utrzymać, Messias musiał podjąć się pracy i podjął się jej na budowie, a jego pierwszą „fuchą” było oczyszczanie cegieł. Następnie podjął się pracy jako dostawa w firmie ze sprzętem RTV-AGD.

Pierwszy klub

Pierwszym klubem we Włoszech Juniora Messiasa był 5-ligowy zespół Casale, w którym rozpoczął przygodę w 2015 roku. Trener tej drużyny wcześniej dostrzegł Brazylijczyka na jednym z amatorskich turniejów. Messias zgodził się wziąć udział w kilku treningach, po których obie strony doszły do porozumienia ws. dłuższej współpracy. Brazylijczykowi zaoferowano wówczas 1500 euro miesięcznie, dzięki czemu mógł porzucić swoje poprzednie zajęcia. Messias zdołał strzelić strzelić 21 bramek w 32 ligowych meczach, dzięki czemu wprowadził Casale do Serie D. Po tym sezonie zmienił klub.

– Nie zaoferowali mi odpowiedniej pensji na utrzymanie rodziny. Uwielbiałem to miejsce, a fani mnie kochali. Strzeliłem 21 bramek i drużyna natychmiast wróciła do Serie D – mówił w lipcu 2017 roku.

Komplikacje

W sezonie 2016/2017 występował już na poziomie Serie D w barwach Chieri Calcio. W 33 ligowych spotkaniach zdobył 14 bramek. Po tak dobrym sezonie zdołał dojść do porozumienia z występującym w Serie B Pro Vercceli, dla którego ostatecznie… nie zagrał. Włoski klub nie mógł zarejestrować do rozgrywek piłkarza spoza Unii Europejskiej, który w poprzednim sezonie grał amatorsko. Z tego powodu pod koniec 2017 roku podpisał kontrakt z AC Gozzano.

Debiut w Serie B

Pierwszym poważniejszym klubem w karierze Juniora Messiasa było Crotone, do którego trafił w styczniu 2019 roku, jednak sezon 2018/2019 dokończył w występującym w Serie C AC Gozzano na zasadzie wypożyczenia. Swój pierwszy rok na poziomie Serie B Brazylijczyk spokojnie mógł zaliczyć do udanych. Zawodnik z miejsca stał się podstawowym piłkarze Crotone, dla którego rozegrał 34 spotkania ligowe, zdobywając 6 bramek i notując 6 asyst. Ponadto Crotone zdołało wywalczyć awans do Serie A!

Debiut w Serie A

Pierwszy sezon Juniora Messiasa w Serie A był jeszcze lepszy od premierowej kampanii w Serie B. Brazylijczyk nadal był podstawowym zawodnikiem Crotone, zagrał w 36 meczach, zdobył 9 bramek i dołożył do tego 4 asysty.

– To mój pierwszy rok w Serie A i nie było łatwo przyzwyczaić się do tak znaczącej ligi, nie tylko w Europie, ale na całym świecie – mówił w styczniu tego roku.

Transfer do Milanu

Dobra dyspozycja w poprzednim sezonie nie umknęła uwadze skautów innych klubów. AC Milan chcąc wzmocnić kadrę swojego pierwszego zespołu zdecydował się sięgnąć po 30-latka w ramach rocznego wypożyczenia. A resztę historii już znacie…

– Jestem przeszczęśliwy przede wszystkim ze względu na zwycięstwo drużyny. Oprócz oczywiście debiutu i gola, który przyszedł w momencie największej potrzeby – powiedział po wczorajszym meczu Junior Messias.

– Miałem za sobą trudne chwile, odniosłem dwie kontuzje pod rząd. Dziś ważne było zwycięstwo, wciąż żyjemy i walczymy do samego końca. Emocje? Chciało mi się płakać, przez myśl przebiegło mi wszystko to, co do tej pory przeżyłem. Czyste emocje. Pomyślałem o Bogu, całe moja historia jest napisana przez niego. […] Najlepszy wieczór w karierze? Najpiękniejszy. Mam nadzieję, że przyjdą jeszcze kolejne podobne – dodał.


źródło: newonce.sport, sport.pl, acmilan.com.pl, football-italia.net, breakingthelines

Wielki powrót Xaviego stał się faktem! Co Hiszpan może dać Barcelonie jako trener?

Stało się. Xavier Hernández Creus, w skrócie Xavi, zakończył swoją pracę w katarskim Al-Sadd i wrócił do Barcelony, by tam kontynuować swoją przygodę trenerską, która w zasadzie dopiero co się rozpoczęła. Jakie są główne zadania stawiane przed Hiszpanem? Co Xavi może dać Barcelonie jako trener? Jakie są obawy, a jakie nadzieje? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi znajdziecie w poniższym tekście.

Powrót legendy

Kiedy słyszymy Xavi, pierwsze co przychodzi nam do głowy do FC Barcelona. Urodzony w hiszpańskiej Terrassie piłkarz już w wieku 11 lat trafił do La Masii, szkółki FC Barcelony. Wtedy pewnie sam Xavi nie spodziewał się, że w klubie ze stolicy Katalonii spędzi kolejne 24 lata. W 2015 roku wychowanek Blaugrany zakończył „poważną” grę w piłkę i przeniósł się do Kataru, gdzie najpierw występował jako piłkarz Al-Sadd, a następnie w tym samym klubie pracował jako trener. Kiedy jednak opuszczał Camp Nou, to wiadome było, że prędzej, czy później Xavi wróci do stolicy Katalonii. Chyba jednak nikt się nie spodziewał, że stanie się to tak szybko i niespodziewanie. A na pewno nikt nie przewidywał, że FC Barcelona będzie w tak ogromnym kryzysie i mowa tu nie tylko o sferze finansowej, ale również sportowej.

Kariera piłkarska w pigułce

Xavi jako piłkarz z Barçą wygrał dosłownie wszystko, co było do wygrania. Począwszy od mistrzostwa Hiszpanii (w sumie wygrał je aż 8-krotnie) przez Puchar Hiszpanii (3 wygrane) aż po Ligę Mistrzów. Warto zaznaczyć, że Xavi jest jednym z kilku piłkarzy, którzy wygrywali najważniejsze klubowe trofeum w Europie aż 4-krotnie, więcej wygranych na swoim koncie ma tylko i wyłącznie Cristiano Ronaldo. Do pełni szczęścia Hiszpanowi zabrakło jedynie poważnej nagrody indywidualnej. Hiszpan był najbliżej zdobycia Złotej Piłki w 2009 i 2010 roku, kiedy zajmował 3. miejsce. Mimo to Katalończyka spokojnie można nazwać legendą FC Barcelony, w której historii zapisał się na stałe. 41-latek rozegrał w bordowo-granatowych barwach aż 767 oficjalnych spotkań, dzięki czemu w klasyfikacji generalnej tego zestawienia zajmuje drugie miejsce, ustępując nieznacznie pewnemu sympatycznemu Argentyńczykowi. Leo Messi, bo o nim mowa, rozegrał zaledwie 11 meczów więcej od swojego starszego kolegi.

Przygoda w Katarze

Tak jak już wspomniałem, Xavi pożegnał się z europejskim futbolem w 2015 roku, kiedy w wieku 35 lat opuścił FC Barcelonę na rzecz katarskiego Al-Sadd. Na ostateczny koniec piłkarskiej kariery Hiszpan zdecydował się w maju 2019 roku. Niedługo później ogłoszono, że wychowanek FC Barcelony pozostanie w Katarze. Xavi zdecydował się na kontynuowanie tam swojej przygody z piłką nożną, tym razem w roli trenera.

– Chcę zdobyć doświadczenie i samemu się sprawdzić. To nowy etap i startuję od zera. Wszyscy widzą mnie w roli trenera Barcelony, ale ja siebie jeszcze nie widzę. Prowadzenie 'Barcy’ to ogromne wyzwanie. Trzeba być do tego przygotowanym i mówiąc szczerze uważam, że jeszcze nie jestem gotowy – mówił Xavi przed kilkoma laty.

Pierwsze trofea

Będąc całkowicie szczerym, nie obejrzałem ani jednego pełnego meczu Al-Sadd pod wodzą Xaviego. Z tego względu przedstawię kilka statystyk i osiągnięć Hiszapana, z okresu pracy we wspomnianym klubie. Przez nieco ponad 2 lata pracy w roli trenera Al-Sadd Xavi poprowadził zespół w 91 oficjalnych meczach, w których średnia zdobycz punktowa jego drużyny wyniosła aż 2,19 pkt na mecz. W sezonie 19/20 Al-Sadd zajęło trzecie miejsce w lidze katarskiej, ale zdołało wygrać Pucharu Kataru oraz Puchar Ligi Katarskiej. Dopiero w drugim sezonie Xavi zdołał wygrać ligę jako trener. Jak już to zrobił, to zrobił to z przytupem. Zespół dowodzony przez byłego piłkarza FC Barcelony był niepokonany przez 22 kolejki rozgrywek i wygrał ligę z 13-punktową przewagą. Wrażenie zrobił również bilans bramkowy, który wyniósł 77 bramek strzelonych do zaledwie 14 bramek straconych. W sezonie 20/21 Al-Sadd sięgnęło także po Puchar Kataru oraz Puchar Ligi Katarskiej.

Dominacja

W ostatnich dwóch latach w sieci co jakiś czas przewijały się filmy z najlepszymi akcjami w wykonaniu Al-Sadd, które pobijały rekordy popularności. Wybrane fragmenty naprawdę robiły wrażenie i przypominały o najlepszych czasach „Tiki-Taki” w FC Barcelonie. Ciężko jednak wysnuwać głębsze wnioski po takich sytuacjach, gdyż liga katarska – lekko mówiąc – nie należy do najmocniejszych, a pomiędzy zespołami często była widoczna różnica klas, nie tylko pod względem zgrania i przygotowania taktycznego, ale także w kontekście indywidualność. W tym sezonie Xavi miał do dyspozycji m.in. Santiego Cazorlę oraz Andre Ayew, którzy pomimo wieku robią ogromną różnicę w grze Al-Sadd.

Analiza gry Al-Sadd

Ciekawe spostrzeżenia nt. gry Al-Sadd pod wodzą Xaviego wymienił Michał Zachodny, który przeanalizował kilka meczów. Dziennikarz opowiedział o jednej z pierwszych zmian, jaką wprowadził Hiszpan wśród piłkarzy swojego zespołu. A mianowicie chodziło o nastawienie piłkarzy do gry w piłkę. Były piłkarze FC Barcelony nauczył swoich podopiecznych cieszenia się piłką i powolnego konstruowania akcji. W późniejszym czasie Xavi potrafil zaimplementować swoje kolejne pomysły taktyczne, które w większości kończyły się sukcesem, jednak nie powinno to robić szczególnego wrażenia, mając na uwadze wspomniane przeze mnie wcześniej warunki do pracy, które były wręcz idealne. Poziom ligi nie jest najwyższy, a jej intensywność pozostawia wiele do życzenia.

– Doświadczyłem sukcesu i rozczarowania. Dużo się uczę. Katar to idealne miejsce do zdobycia doświadczenia jako trener – mówił Xavi w 2020 roku.

Główne zadania i oczekiwania

Najprościej by było powiedzieć, że głównym zadaniem Xaviego byłoby wyciągnięcie FC Barcelony ze sportowego dołka. Na ten moment jednak wydaje mi się, że od Xaviego nie powinno się oczekiwać nie wiadomo jakich cudów, a po prostu postawić przed nim kilka mniejszych działań.

Atmosfera

Pierwszym elementem, który wymaga poprawy, jest atmosfera w szatni. Nie da się ukryć, że za Ronalda Koemana wyniki nie były najlepsze, a do tego dochodziły kontrowersyjne wypowiedzi Holendra na konferencjach prasowych. Były już trener Barçy nie bał się mówić, że za porażkę winni są poszczególni piłkarze. Jasne, krytyka jest ważna, jednak pewne sprawy powinno się pozostawiać w szatni. Na okazjonalne krytykowanie piłkarzy w mediach też można by było przymknąć oko, jednak Koeman pod koniec swojej przygody w Barcelonie dopuszczał się tego niemal tydzień w tydzień. Często słowa holenderskiego szkoleniowca nie miały także odzwierciedlenia w rzeczywistości, wolał on zrzucić odpowiedzialność na piłkarzy, niż wziąć ją na siebie. Cierpieli na tym także młodzi piłkarze, którzy dopiero co wkraczają w dorosły futbol. Nie da się ukryć, że takie działa psuły morale w szatni, a nastawienie piłkarzy również podążało w złą stronę. Xavi z pewnością będzie autorytetem w szatni. Jedyne co będzie musiał zrobić, to dobrze zarządzać piłkarzami i nie może sobie pozwolić na sympatię względem swoich byłych kolegów z boiska jak Pique czy Busquets.

– Chcę pomóc zawodnikom. Jest duża presja i to widać. Trudno jest być zawodnikiem Barcelony. Będziemy pracować, żeby pomóc graczom na poziomie osobistym i zawodowym, i stworzyć zespół – powiedział Xavi podczas poniedziałkowej prezentacji.

Odzyskać formę

Po drugie, Xavi będzie musiał wydobyć ze swoich piłkarzy to, co najlepsze. Jasne, obecna kadra Barçy raczej nie pozwala marzyć o zawojowaniu Ligi Mistrzów czy powalczenia o mistrzostwo Hiszpania. Z drugiej jednak strony, piłkarze nie są aż tak słabi, na jakich kreował ich Ronald Koeman. Mógłbym wymieniać i wymieniać piłkarzy, którzy są dalecy od swojej szczytowej formy. Jest ich aż tak wielu, że zapewne zabrakłoby mi palców na obu dłoniach. Dla przykładu Frenkie de Jong peak swojej formy miał najprawdopodobniej w ostatnim sezonie gry w Ajaxie. Pierwszy sezon Holendra w bordowo-granatowych barwach można oceniać raczej jako przeciętny, gdyż jeden dobry występ przeplatał dwoma słabymi lub przeciętnymi. Dużo lepszy był poprzedni sezon, w którym 24-latek robił bardzo dużo dobrego w ofensywie, czym udowodnił drzemiący w nim potencjał. Z kolei w tegorocznych rozgrywkach Holender ponownie obniżył loty. Przypadków jak Frenkie de Jong jest zdecydowanie więcej i głównym zadaniem Xaviego będzie wykorzystanie potencjału drzemiącego w jego piłkarzach.

– Przychodzę z bardzo jasną koncepcją dotyczącą wymagań i ciężkiej pracy, muszę przekonać zawodników, aby osiągnąć sukces. Będziemy oceniani po wynikach, ale postaramy się grać dobrze, aby pojawiły się rezultaty – ocenił Hiszpan.

Wychowankowie

Mimo wszystko Ronaldowi Koemanowi trzeba oddać, że potrafił on wprowadzać wychowanków do pierwszej drużyny. Podobne zadanie przed Xavim z pewnością postawi Joan Laporta. Obecnie w kadrze pierwszej drużyny Barcelony znajduje się kilku młodych wychowanków, którzy mają już doświadczenie zebrane w seniorskim futbolu. W następnych miesiącach możemy się spodziewać, że Xavi wyłapie kolejne perełki z La Masii.

– Uwielbiam oglądać zespoły, które przejmują inicjatywę na boisku, grają ofensywny futbol i wracają do istoty tego, co kochaliśmy od dziecka, czyli posiadania piłki. Moja filozofia i styl, jaki będę chciał wpoić trenowanym przeze mnie drużynom, będzie podobna do tego, który rozwinęliśmy w Barcelonie przez wiele lat pod wpływem Johana Cruyffa i akademii La Masia – mówił Xavi w 2019 roku.

– Tak, ale bardziej niż o systemie wolę rozmawiać o idei. Jaką chcesz mieć drużynę? Ja proponuję ekipę proaktywną, dominującą nad rywalem, atakującą. Chcę widzieć drużynę, w której piłkarze proszą o piłkę, starają się stworzyć przewagę liczebną, szukają zawodnika znajdującego się na wolnej pozycji… Moim zamiarem jest przekazanie graczom odpowiednich narzędzi, które pomogą im osiągnąć cel. Nie jest takie ważne, czy gramy w ustawieniu 4-4-2, czy 3-4-3. Ważniejszy jest pewien określony model gry. System może się zmieniać w czasie meczu, model nigdy – opowiadał Xavi.

Główne obawy

Pierwszą i zasadniczą obawą przed rozpoczęciem pracy Xaviego w FC Barcelonie jest to, czy uda mu się przełożyć wdrażanie pomysłów z Kataru do Hiszpanii. Oczywiste jest, że łatwiej wprowadzić zmiany w lidze, której poziom nie jest za wysoki, intensywność pozostawia wiele do życzenia, a różnica klas poszczególnych zespołów jest nadto widoczna. W Katarze Xavi był dla swoich podopiecznych autorytetem. Nie mówię, że nie będzie miał on takiej samej pozycji w Barcelonie, jednak należy pamiętać, że w szatni Barçy znajduje się wiele gwiazd, a każda z nich chce grać. Umiejętność gospodarowania zasobami ludzkimi jest kolejnym znakiem zapytania przed rozpoczęciem pracy Xaviego.

– Chcemy być intensywni, agresywni i odzyskiwać piłkę na połowie rywala. Drużyną, która zostawi duszę na boisku, grającą w ataku pozycyjnym. DNA Barçy uczyniło ją wielką – zdradził w poniedziałek Xavi.

– Pomysł na grę jest ważniejszy od ustawienia. Chodzi o to, by wysoko naciskać, tworzyć więcej okazji niż rywal, nie spekulować. W Al-Sadd graliśmy 3-4-3, ponieważ bardzo dominowaliśmy, tu możemy zacząć od 4-3-3, potem przejść do 3-4-3 lub nawet 3-5-2 – dodał.

Koledzy problemem?

Płynnie przechodzimy do kolejnej obawy, która bardzo często przewijała się w mediach społecznościowych. Mianowicie chodzi o to, że w obecnej szatni Blaugrany wciąż znajduje się kilku piłkarzy, którzy wspólnie grali z Xavim. Kibice uważają, że Hiszpan może mieć problem z odstawieniem swoich kolegów z boiska i będzie na nich patrzył przychylniej. Mając na uwadze profesjonalizm 41-letniego trenera, który można poczuć z jego wypowiedzi, wydaje mi się, że nie powinien on mieć problemu z obiektywizmem. Jednak pojawiające się wątpliwości można jak najbardziej zrozumieć.

– Plan jest taki, jak w przypadku pozostałych graczy. Od tych, których znam, będę wymagał najwięcej. Znam ich i wiem, że muszą ciągnąć ten wózek. Wszyscy zaczynają od zera – ocenił Xavi.

Kogo los podzieli?

Brak doświadczenia w prowadzeniu „większych” klubów również pozostawia spore wątpliwości. Xavi w wielu wywiadach powtarzał, że Katar jest dla niego dobrym miejscem do nabrania doświadczenia, jednak umówmy się – liga katarska to peryferia futbolu. Wydaje się, że przed dołączeniem do Barcelony Xavi powinien poprowadzić jeszcze jakiś klub klasy średniej, albo chociaż drogą Pepa Guardioli objąć stery nad Barceloną B. Z tyłu głowy wciąż mamy jednak ostatnie niezbyt udane początki przygód trenerskich byłych piłkarzy. Począwszy od Franka Lamparda w Chelsea, po Andreę Pirlo w Juventusie. Ciekawą drogę obrał natomiast Steven Gerrard, który przygodę trenerską rozpoczął od klubu klasy średniej, do jakiej można zaliczyć Glasgow Rangers. Były piłkarz Liverpoolu z powodzeniem pracuje już tam ponad 3 lata. Tu pojawia się zasadnicze pytanie – czy Xavi pójdzie śladem Pepa Guardioli i osiągnie sukces z Barceloną jako młody trener, czy może podzieli los wspomnianej dwójki Lampard-Pirlo. Wielu kibiców Blaugrany sceptycznie podchodzi do Xaviego jako szkoleniowca, gdyż uważają oni, że na taki ruch jest jeszcze za wcześnie.

–  Xavi jest gotowy. Przygotowywał się dużo czasu do tego wyzwania. Pasuje idealnie do roli trenera Barcelony. Nie tylko ze względu na to, że zna bardzo dobrze ten klub, ale też przez to, że przygotowywał się do tego i teraz może zmierzyć się z wyzwaniem – powiedział o Xavim Iniesta.

źródło: Michał Zachodny, wypowiedź 1, wypowiedź 2, wypowiedź 3, wypowiedź 4, wypowiedź 4,

Pokonać demony z przeszłości. Lech musi dojrzeć

Lech Poznań dość sensacyjnie zremisował z Górnikiem Łęczna. Kolejorz zanotował drugi remis z rzędu po tym, jak w poprzedniej kolejce podzielił się punktami ze Stalą Mielec. Taki obrót spraw z pewnością nie zadowala kibiców KKS-u, który ma walczyć o mistrzostwo.

Poprzedni sezon był dla Lecha koszmarem, bieżący jest nadzieją. Dodatkową presję na sztab i piłkarzy nakłada fakt, iż w 2022 roku przypada stulecie istnienia klubu. Kolejorz ma więc jasny cel – zdobyć mistrzostwo.

Wszystko układa się po myśli Lecha, w klubie jest trener z sukcesami, drużyna punktuje, bojkot „Kotła” zakończony, a główny rywal (Legia) nie potrafi pogodzić gry w Europie z ligą. Kolejorz ma zatem bardzo komfortowe warunki, aby walczyć o tytuł.

Co w przypadku braku triumfu?

Sezon 2021/22 zapowiada się na jeden z najciekawszych w ostatnich latach. W walkę o tytuł uwikłane są aż cztery drużyny. Lech, Raków, Pogoń i Lechia z pewnością będą chciały wykorzystać fakt, iż Legia wpadła w dołek na początku sezonu i nie będzie miała większych szans na mistrzostwo.

Ewentualna porażka Lecha Poznań może zaboleć kibiców jeszcze bardziej niż rezultat z poprzedniego sezonu. Rozpalono nadzieję, klub rozwija się na wielu płaszczyznach, zatrudniono analityków, rozpoczęto współpracę z Uniwersytetem Adama Mickiewicza…

Co, jednak gdy Lech Poznań kolejny raz zawiedzie i nie wykorzysta potknięć Legii, jak w ostatnich latach? Przypomnijmy, że Kolejorz nie zdobył żadnego trofeum od 2016 roku. W tym czasie swoje gabloty otworzyły takie kluby jak Cracovia, Lechia, Arka, Piast czy Raków.

Przegranie mistrzostwa w sezonie 2021/22 może być ciosem ostatecznym, który wywoła kolejne negatywne reakcje. Tak, jak było w maju 2018 roku po pamiętnym roztrwonieniu pierwszego miejsca i korzystnego terminarza.

Jak zapobiec porażce?

Kolejorz musi się nauczyć zamykać mecze. Słabsze spotkania zdarzają się każdym drużynom, jednak dojrzałość hegemonów pozwala im na „przepchanie” meczów i jednobramkową wygraną. W ostatnich latach taką dojrzałością w polskiej lidze wykazywała się Legia Warszawa. Wbrew pozorom, to właśnie mecze ze średniakami i ekipami z dolnej strefy są najważniejsze na etapie całego sezonu. Tych spotkań jest po prostu więcej.

Porażka w wyjątkowym sezonie może mieć ogromny wydźwięk. Prawdą jest, że często kibice Lecha oczekiwali zbyt wiele. Teraz Kolejorz jest w innej sytuacji, ponieważ ma wszystko, aby zakończyć sezon na fotelu lidera.

Lech Poznań ma obecnie najlepszą kadrę w lidze. Wielkopolanom brakuje jedynie dojrzałości i skuteczności. Jeśli Kolejorz nie chce znów utracić zaufania kibiców, musi to naprawić. Mistrzostwo Polski jest jedyną opcją na odkupienie win z przeszłości. Inaczej właściciele będą znów musieli znosić regularne wyzwiska i bojkoty z jeszcze większą skalą niż te po sezonie 17/18.

Przed Paulo Sousą arcyważny egzamin. Zwycięstwo z Albanią jest koniecznością

Reprezentacja Polski zbliża się do kluczowego momentu eliminacji mistrzostw świata. Przed Paulo Sousą arcyważny mecz z Albanią, od którego zależy, czy znajdziemy się w piłkarskiej elicie. Na papierze, patrząc szczególnie na wynik naszej ostatniej rywalizacji z „Orłamiwydaje się, że wszystko powinno pójść gładko. W końcu w Warszawie rozgromiliśmy ich 4-1. Rzeczywistość jest jednak dużo bardziej brutalna.

W Polsce owszem wynik był po naszej stronie. Sama gra jednak pozostawiała wiele do życzenia. Zawiodło wiele czynników, ale sprzyjało szczęście. Albania miała mnóstwo okazji i zamiast jednego gola na PGE Narodowym spokojnie mogła wbić następne. Dlatego do najbliższego starcia w Tiranie trzeba podejść z szacunkiem do rywali.

Mecz warty więcej

Albańczyków rzeczonym szacunkiem trzeba darzyć z kilku powodów. Oprócz ich gry w Warszawie należy pamiętać, że to właśnie oni zajmują obecnie miejsce wicelidera naszej grupy eliminacyjnej. W tym momencie to właśnie oni, a nie „Biało-Czerwoni” kwalifikują się do gry w barażach o udział w mundialu.
Spotkanie z Albanią to mecz, który po prostu trzeba wygrać. Remis? Nic nam nie da. Porażka? Totalna klapa i duże utrudnienie w kontekście wyjazdu na mistrzostwa.
Obecnie nasi wtorkowi rywale mają na koncie 15 punktów. Polacy utrzymują, bliski, bo bliski, ale jednak dystans jednego punktu. W przypadku porażki Albania odskakuje nam już na cztery „oczka”. Remisując, zachowujemy natomiast status quo i oczekujemy listopadowych, decydujących meczów. Zwycięstwo zapewnia nam natomiast dwupunktową przewagę.

Nie można stracić środka pola

Co jednak zrobić, aby zapewnić sobie ten komfort w postaci dwupunktowej przewagi? Przede wszystkim w Tiranie nie możemy pozwolić sobie na oddanie środka pola, tak, jak miało to miejsce na PGE Narodowym. Wówczas przecież Albańczycy nas dosłownie zgnietli.
Podopieczni Paulo Sousy nie byli w stanie utrzymać się przy piłce i wymienić kilku podań. Jakub Moder i Grzegorz Krychowiak zupełnie nie udźwignęli ciężaru gry i niemal w całości oddali pole rywalom. We wtorek taka sytuacja nie może mieć miejsca.

Nie można polegać tylko na Lewandowskim

Choć gra we wrześniu się nie zgadzała, to zgadzała się forma Roberta Lewandowskiego. Nasz kapitan niemal w pojedynkę rozbił defensywę Albanii i podźwignął resztę reprezentacji. Nie możemy jednak polegać na nim bez końca.
W Tiranie musi pojawić się ktoś jeszcze, kto w razie problemów będzie w stanie wziąć grę na siebie. Ktoś, kto przytrzyma piłkę dłużej, chwilę pomęczy, ściągnie na siebie obrońców gospodarzy.

Zero z tyłu z poważnym rywalem

Jak na razie Paulo Sousa zachował czyste konto dwa razy. Pierwszy raz udało mu się to w meczu z Andorą (3-0) oraz w ostatniej rywalizacji ze wspomnianym już San Marino (5-0). Aczkolwiek wcześniej nawet i ci drudzy byli nam w stanie wpakować bramkę, jeszcze we wrześniowej rywalizacji (7-1).
Zarówno Andora, jak i San Marino to rywale, którzy nie są na szczególnie wysokim poziomie. Do tej pory ani z Anglią, ani z Węgrami, ani z Hiszpanią, Szwecją, Słowacją czy, chociażby tą Albanią, nie potrafiliśmy skończyć meczu z czystym kontem. Za każdym razem traciliśmy bramki po indywidualnych błędach defensywy czy grupowym „wylewie”.
Oczywiście, sam Sousa mówił już, że wolałby wygrać 5-4, niż 1-0, bo ceni sobie ofensywny futbol, a w końcu zwycięstwo, to zwycięstwo. Nie da się jednak ukryć, że miło by było zobaczyć ponownie szczelną defensywę w naszej reprezentacji. Gdyby w Tiranie udało się wygrać i to jeszcze z czystym kontem, to śmiało, można by przyklasnąć Portugalczykowi i pogratulować dobrego odrobienia pracy domowej.