Frederiksen spokojny o ostatni mecz sezonu. „To będzie ekstremalnie nudne”

Lech Poznań może sięgnąć po tytuł mistrza Polski już w najbliższą sobotę. Warunek jest prosty — musi pokonać Piasta Gliwice. Trener Niels Frederiksen mimo problemów kadrowych emanuje spokojem i wiarą w swój zespół.

Wszystko w rękach Lecha

Lech Poznań stoi przed decydującym krokiem. W ostatniej kolejce sezonu zmierzy się z Piastem Gliwice. Tylko zwycięstwo gwarantuje „Kolejorzowi” mistrzostwo. W przypadku remisu lub porażki, szansa otwiera się przed Rakowem Częstochowa.

Oczywiście, może być również tak, że Medaliki także stracą punkty. Poznaniacy muszą zatem zdobyć tyle samo lub więcej punktów w ostatniej kolejce od Rakowa.

Mimo presji przed końcem sezonu i braków kadrowych Frederiksen nie traci wiary. Duńczyk wypowiedział się na temat nadchodzącego spotkania z Piastem Gliwice.

– Mimo problemów wyglądaliśmy ostatnio dobrze. Udźwignęliśmy presję, z siedmiu ostatnich meczów wygraliśmy pięć, a dwa razy zremisowaliśmy. Nie mam większych wątpliwości co do składu. Musimy być mocni mentalnie i poradzić sobie z emocjami. To będzie ważne, zawodnicy znają stawkę meczu, ja mam jednak dobre przeczucie co do tego pojedynku – powiedział Duńczyk.

Jesienią Lech nie potrafił sforsować defensywy Piasta. Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem. Teraz taki wynik nikogo w Poznaniu nie zadowoli.

– Nam podoba się to, że mamy wszystko w swoich rękach. Nie możemy się już doczekać tego meczu, chcemy wygrać. Widzę po zawodnikach spokój i koncentrację. Czeka nas trudny bój, ale chcemy po tym meczu wszystkich uszczęśliwić – zaznaczył Frederiksen.

Trener Lecha musi sobie radzić bez kilku kluczowych zawodników. Kontuzje wykluczyły m.in. Radosława Murawskiego, Bartosza Salamona i Filipa Jagiełłę. Z powodu kartek nie zagrają Patrik Walemark i Daniel Hakans.

Spokój u trenera

Zapytany o to, czy specjalnie przygotuje drużynę do meczu o tytuł, Frederiksen zaskoczył lekko żartobliwą odpowiedzią.

– To będzie ekstremalnie nudne. W sobotę pospacerujemy po lesie, będzie obiad, odprawa, potem będzie rozgrzewka, a po niej przyjdzie mecz. Strzelimy jednego gola, będzie przerwa, potem strzelimy drugiego i wygramy – podsumował.

Źródło: Głos Wielkopolski

Flick da szansę Lewandowskiemu. Chce mu pomóc w kolejnym celu

Robert Lewandowski od początku kwietnia nie może trafić do siatki. Ma już 99 bramek w barwach Barcelony, ale jak podaje kataloński „Sport”, to właśnie pogoń za setnym trafieniem trzyma go w podstawowym składzie Hansiego Flicka.

Polak walczy o setkę

Robert Lewandowski rozegrał solidny sezon. Strzelił aż 40 goli w 51 spotkaniach. Jednak mimo imponującego dorobku, od 9 kwietnia nie zdołał zdobyć żadnej bramki. Przez ten czas pauzował też z powodu kontuzji.

Barcelona zapewniła sobie mistrzostwo Hiszpanii po wygranej z Espanyolem (2:0). Od tego momentu gra już bez presji. Mimo to Hansi Flick nie zrezygnował z doświadczonych zawodników, a Lewandowski wciąż pojawia się w wyjściowym składzie.

Flick pomaga spełnić mu cel

Jak donosi „Sport”, nie jest to przypadek:

„Lewandowski wciąż ma czas, aby zdobyć swoją setną bramkę jako zawodnik Barcy w tym sezonie. Jest to cel, który może dać mu miejsce w wyjściowym składzie na San Mames, mimo że jest to mecz przeznaczony w zasadzie dla mniej doświadczonych graczy” – pisze kataloński dziennik, cytowany przez Przegląd Sportowy Onet.

Barcelona w niedzielę zmierzy się na wyjeździe z Athletikiem Bilbao. Spotkanie zaplanowano na 25 maja o godzinie 21:00.

Portal „Transfermarkt” wycenia Roberta Lewandowskiego na 15 milionów euro. Umowa polskiego napastnika z Dumą Katalonii obowiązuje do końca czerwca 2026 roku.

Źródło: Sport.es, Przegląd Sportowy Onet

Żona gwiazdy Ekstraklasy komentuje trzy lata w Polsce. „Nie odważyłam się założyć koszulki”

Benjamin Kallman żegna się z Cracovią i Ekstraklasą. Od przyszłego sezonu będzie grał w niemieckim Hannoverze 96. We wpisie na Instagramie jego żona podzieliła się osobistymi refleksjami z pobytu w Polsce. Co szokujące, wyraziła się na ten temat bardzo negatywnie.

Trzy lata w Ekstraklasie i kontrowersyjne pożegnanie

Fiński napastnik po trzech sezonach w barwach Cracovii przeniesie się do 2. Bundesligi. Transfer do Hannoveru 96 zakończy jego polski rozdział. W związku z tym jego żona postanowiła opublikować osobiste pożegnanie z tym etapem.

W relacji na Instagramie podsumowała czas spędzony w Polsce. Podkreśliła, że początki były dla nich trudne. Co ważne, sam Kallman udostępnił dalej jej relację.

– Tutaj nienawidzi się nowych zawodników, zwłaszcza obcokrajowców – napisała.

Zaznaczyła również, że na początku unikała zakładania koszulki z nazwiskiem męża.

– Nie odważyłam się założyć koszulki Bena na pierwsze domowe mecze. Jeśli już to robiłam, byłam jedyną na całym stadionie. Starałam się ukryć jego nazwisko na plecach, żeby nikt nie zaczął krzyczeć – dodała.

Według niej, Kallman spotkał się z chłodnym przyjęciem, a odchodzi jako uznana postać w lidze.

– To, co zrobił pod względem piłkarskim przez te trzy lata, jest po prostu godne podziwu. Trzy lata później facet osiągnął w piłce więcej, niż kiedykolwiek myślał – napisała.

Reakcja kibiców

Część kibiców Cracovii zareagowała sporym zaskoczeniem. W mediach społecznościowych szybko przypomniano wcześniejsze zdjęcia partnerki zawodnika, na których pozuje z koszulką Cracovii i nazwiskiem męża — również na jego pierwszych meczach.

Jedno z nich sama udostępniła, podpisując je jako wspomnienie debiutu Benjamina. W przekazie są więc spore rozbieżności.

W mediach społecznościowych pojawiły się pytania o to, dlaczego zawodnik zdecydował się promować wpis zawierający tak krytyczne słowa.

Pojawiły się też doniesienia o rzekomo złym traktowaniu pary przez klub i niezadowoleniu z życia w Krakowie. Te słowa wcześniej padły w osobnym poście, również udostępnionym przez kobietę Kallmana.

Źródło: Instagram, weszlo.com

Piłkarz Liverpoolu może zostać ukarany za cieszynkę. Poszło o religijny przekaz

Liverpool pewnie pokonał Tottenham 5:1 i na cztery kolejki przed końcem zapewnił sobie mistrzostwo Anglii. Radość z tytułu w czerwonej części Merseyside była ogromna, ale jeden z piłkarzy może wkrótce ponieść konsekwencje za sposób, w jaki celebrował swój udział w historycznym triumfie. Cody Gakpo, zdobywca gola na 3:1, naruszył kilka przepisów Premier League.

Cieszynka w stylu Kaki

Holenderski napastnik po zdobyciu bramki odsłonił podkoszulek z napisem „Należę do Jezusa”. W ten sposób nawiązał do słynnej cieszynki Kaki z finału Ligi Mistrzów w 2007 roku, gdy Brazylijczyk zamanifestował swoją wiarę po zwycięstwie nad… Liverpoolem.

Choć w większości przypadków za zdjęcie koszulki po golu sędzia pokazuje żółtą kartkę, tym razem sprawa może mieć dalszy ciąg. Jak informuje The Telegraph, Gakpo mógł naruszyć zasady Premier League dotyczące treści umieszczanych na sprzęcie zawodników.

Liga reaguje

Regulamin jasno zabrania prezentowania haseł politycznych, religijnych, osobistych czy komercyjnych na stroju zawodnika.

– Na sprzęcie nie mogą znajdować się żadne hasła czy obrazy o charakterze politycznym, religijnym, osobistym lub reklamowym, z wyjątkiem loga producenta – czytamy w przepisach.

Na ten moment Gakpo otrzymał jedynie formalne upomnienie. Niewykluczone jednak, że sprawa może skończyć się grzywną, zwłaszcza jeśli federacja uzna, że doszło do jawnego złamania zapisów.

Nie pierwszy taki przypadek

Temat religijnych odniesień w Premier League wzbudzał już kontrowersje. W grudniu 2024 roku media rozpisywały się o Marcu Guehim, który na opasce promującej społeczność LGBTQ+ umieścił napis „Kocham Jezusa”.

38-krotny reprezentant Holandii rozgrywa solidny sezon. W barwach Liverpoolu Gakpo wystąpił w 31 ligowych meczach, zdobył dziewięć bramek i dołożył cztery asysty.

Źródło: The Telegraph, Meczyki.pl

Gonçalo Feio: „Stworzono ze mnie czarny charakter. Czasem to niesprawiedliwe”

Gonçalo Feio należy do najbardziej wyrazistych postaci w PKO BP Ekstraklasie. Portugalczyk często zbiera kartki od sędziów i, jak sam twierdzi, nie zawsze dzieje się to z uzasadnionych powodów. W rozmowie z TVP Sport otwarcie opowiedział o swojej reputacji, medialnym szumie i uprzedzeniach, z jakimi – jego zdaniem – musi się mierzyć.

„Nazwisko Feio się klika”

Trener Legii nie unika tematu swojej przeszłości. Przyznaje, że popełniał błędy, ale jednocześnie uważa, że jego obecny wizerunek nie oddaje tego, kim naprawdę jest jako szkoleniowiec i człowiek.

– Popełniłem błędy w przeszłości. Zdaję sobie też sprawę, że stworzono ze mnie nieco czarny charakter. To też wiąże się z sukcesem sportowym w poprzednim klubie, ale i obecnym, bo potrafiliśmy już sięgać po wyjątkowe rzeczy – stwierdził Feio.

– Nazwisko „Feio” się klika. Często pisze się o mnie w taki sposób, by nawiązywać do negatywów. To wpływa na zainteresowanie i na pewno w jakimś stopniu nakręca ludzi – dodał.

Portugalczyk podkreślił, że nie zależy mu na popularności i medialnym rozgłosie. Wręcz przeciwnie – wolałby pracować w cieniu.

– Czy to mi się podoba? Nie. Są w piłce ludzie, którzy uwielbiają być celebrytami. Ja tak zupełnie nie mam. Gdybym mógł zrezygnować z części swojej pensji, by być anonimową postacią, to z miłą chęcią bym to zrobił. Wiem jednak, że tak się nie da – zaznaczył.

Niesprawiedliwe traktowanie?

Feio odniósł się także do liczby kartek, które otrzymał w tym sezonie. Jego zdaniem część z nich była zdecydowanie przesadzona.

– W PKO BP Ekstraklasie mam na koncie 10 kartek. Czasami na nie zasłużyłem. Byłem też jednak karany za zdjęcie kurtki czy przywołanie własnego gracza w Katowicach – tłumaczył.

– Mam poczucie, że pojawia się uprzedzenie wobec mnie. Nie mam innego słowa, by nazwać te odczucia. Nikt mi nie powie, że jestem innym trenerem w Polsce, a innym w Europie – dodał, przywołując fakt, że w rozgrywkach UEFA nigdy nie został napomniany.

Zderzenie reputacji z rzeczywistością

Szkoleniowiec Legii przyznał, że różnice między opiniami osób, które go znają, a tym, co funkcjonuje w przestrzeni publicznej, są ogromne.

– Stworzyła się pewna aura, która nie jest bezpodstawna, bo jednak wiąże się z błędami przeszłości. Nie ma jednak do końca nic wspólnego z rzeczywistością Gonçalo Feio jako trenera, lidera czy współpracownika. Często to niesprawiedliwe – podsumował.

Źródło: TVP Sport

Szymon Marciniak w egzotycznej lidze. Poprowadzi mecz o mistrzostwo

Szymon Marciniak ponownie rozszerzy listę krajów, w których miał okazję prowadzić spotkania. Po doświadczeniach w krajach arabskich, Szwajcarii, Czechach, Grecji, Japonii czy na Cyprze, teraz przyszedł czas na Albanię.

Marciniak rozjemcą finału play-offów

Polski arbiter otrzymał zaproszenie do poprowadzenia finału ligi albańskiej, który odbędzie się 12 maja. Będzie to spotkanie decydujące o mistrzostwie kraju, rozegrane w formacie Final Four. O tytuł powalczą: Egnatia Rrogozhinë lub FK Partizani oraz Vllaznia Shkodër lub Dinamo City Tirana.

Decyzję o zaproszeniu Marciniaka ogłosił prezydent Albańskiego Związku Piłki Nożnej, Armand Duka:

– Do finału zaprosiliśmy jednego z najlepszych sędziów na świecie, Polaka Marciniaka, który tak poprowadzi mecz finałowy, aby dać jak najmniej wątpliwości co do zwycięzcy – podkreślił podczas ceremonii losowania par półfinałowych.

Polski sędzia pożądany w całym świecie

Od kilku sezonów Marciniak cieszy się ogromnym uznaniem nie tylko w UEFA czy FIFA, ale także w federacjach krajowych. Wielokrotnie proszono go o prowadzenie pojedynków o podwyższonym ryzyku, aby zmniejszyć szanse na kontrowersje związane z decyzjami sędziowskimi.

Z możliwości takich wyjazdów 44-latek chętnie korzysta, oczywiście za zgodą Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Sytuacja w albańskiej lidze

W sezonie zasadniczym liderem została Egnatia Rrogozhinë, choć w końcówce rozgrywek straciła sporo punktów i wyprzedziła Vllaznię Shkodër zaledwie o dwa „oczka”. Kolejne dwa punkty straty zanotowało Dinamo City Tirana, które jednak prezentowało się słabo w decydujących tygodniach sezonu.

Z kolei FK Partizani na ostatniej prostej wskoczyło na czwarte miejsce, rzutem na taśmę zapewniając sobie udział w play-offach.

Sezon w Albanii przyniósł także znaczące niespodzianki – z elitą pożegnały się takie uznane marki jak KF Laçi oraz ośmiokrotny mistrz kraju, FK Skënderbeu.

Źródło: FSHF, transfery.info

Szykuje się rekordowy transfer Widzewa? Napastnik na radarze klubu

Widzew Łódź szykuje się do intensywnych ruchów transferowych po zakończeniu sezonu. Jednym z głównych celów klubu jest Mariusz Stępiński. 29-letni napastnik Omonii Nikozja może nie tylko wrócić do Polski, ale także stać się bohaterem największego transferu w historii łódzkiego klubu.

Ambitne plany Widzewa

Od czasu, gdy Robert Dobrzycki – właściciel firmy Panattoni – przejął większość akcji Widzewa, w Łodzi mówi się o ambitnych planach. 13,4 miliona złotych zainwestowanych w klub ma przełożyć się na realne wzmocnienia. Wiele mówiło się także o usprawnieniu infrastruktury. Opowiadał o tym między innymi wiceprezes Rydz, w rozmowie z Tomaszem Ćwiąkałą.

Wśród nazwisk pojawiających się w medialnych spekulacjach znaleźli się polscy piłkarze grający za granicą: Michał Skóraś, Kamil Jóźwiak, Dawid Kownacki. Wiele wskazuje jednak na to, że pierwszy z wymienionych raczej nie będzie chciał jeszcze wracać do Ekstraklasy. Wśród wymienionych znalazł się także Mariusz Stępiński.

Omonia oczekuje miliona euro

Jak donoszą cypryjskie media, Omonia Nikozja wycenia swojego napastnika na milion euro. Portal Sport-fm.com.cy informował, że Widzew Łódź już złożył ofertę, ale była ona zbyt niska, by rozpocząć negocjacje.

– Omonia oczekuje lepszej propozycji. Obecnie nie prowadzi rozmów z żadnym polskim klubem. Sprawa jest rozwojowa – czytamy na cypr24.eu.

Jeśli Widzew rzeczywiście zdecyduje się spełnić oczekiwania Cypryjczyków, byłby to najdroższy zakup w historii klubu. Dotąd rekord transferowy Widzewa wynosił 500 tysięcy euro – tyle zapłacono za Marcina Robaka w 2008 roku.

Mariusz Stępiński ma za sobą bardzo udany sezon. W 38 występach dla Omonii zdobył 16 bramek i zanotował jedną asystę. Jego regularność i doświadczenie czynią go atrakcyjnym celem transferowym.

Aktualnie Omonia Nikozja zajmuje czwarte miejsce w cypryjskiej lidze z dorobkiem 61 punktów. W ostatniej kolejce klub powalczy o awans na trzecią pozycję, dającą prawo gry w eliminacjach Ligi Konferencji Europy.

Źródło: Cypr24.eu, Sport.pl

Piłkarz Lecha po stracie punktów: „Wierzymy w mistrzostwo”

Lech Poznań miał szansę zrównać się punktami z Rakowem Częstochowa, jednak dramatyczna końcówka meczu z Radomiakiem pokrzyżowała jego plany. Mimo rozczarowującego remisu 2:2, Radosław Murawski w rozmowie z TVP Sport zapewnił, że „Kolejorz” wciąż walczy o mistrzostwo Polski.

Sytuacja wymknęła się spod kontroli

Wydawało się, że Lech po niedzielnym spotkaniu znacząco zbliży się do lidera tabeli. Jeszcze w 78. minucie poznaniacy prowadzili 2:0 i kontrolowali przebieg meczu. Jednak końcówka należała do Radomiaka. Najpierw kontaktowego gola zdobył Capita, a w doliczonym czasie gry punkt dla gospodarzy uratował Abdoul Tapsoba.

Tym samym Lech traci dwa punkty do Rakowa, który również nie ustrzegł się wpadek. Medaliki zremisowały niedawno z Puszczą Niepołomice i przegrały z Pogonią Szczecin.

Radosław Murawski pojawił się na murawie w 58. minucie. Po meczu z Radomiakiem nie ukrywał rozczarowania wynikiem i grą drużyny w końcówce.

– Nie da się normalnymi słowami wytłumaczyć tego, co działo się w drugiej połowie. Jest to dość trudny moment, bo z mojej perspektywy, wchodząc przy 2:0, mieliśmy rozgrywać, utrzymać się przy piłce i szukać sobie kolejnych szans. Było kompletnie odwrotnie. Drużyna walcząca o mistrzostwo Polski powinna dowieźć ten wynik – powiedział pomocnik Lecha.

Pomimo straty punktów, Murawski zapewnił, że drużyna nie zamierza składać broni.

– Nikt ze wszystkich dookoła nie wierzy w mistrzostwo, ale my sami wewnętrznie wierzymy. Nie patrzymy już na Raków, przed tym meczem też nie patrzyliśmy. Skupiamy się na sobie, chcemy wygrywać. Nie jest łatwo wygrać osiem meczów z rzędu. Zdawaliśmy sobie sprawę, aczkolwiek boli, że przy 2:0, kiedy zwycięstwo powinno być dowiezione, tracisz niepotrzebnie punkty. Nie składamy broni, idziemy dalej. Mamy cztery mecze, cztery bardzo ważne finały. Chcemy w nich zdobyć 12 punktów i zobaczymy, co nam to przyniesie na koniec sezonu – podkreślił były piłkarz Piasta Gliwice.

Do końca sezonu Lechowi Poznań pozostały cztery spotkania: z Puszczą Niepołomice, Legią Warszawa, GKS-em Katowice oraz Piastem Gliwice.

Źródło: TVP Sport

Chaos w Wieczystej po zwolnieniu Peszki. Borek: „Co to za casting?”

Zamieszanie w Wieczystej Kraków po rozstaniu ze Sławomirem Peszko trwa w najlepsze. Klub, który wciąż liczy się w walce o awans do I ligi, nie ma jeszcze nowego trenera. W mediach przewija się lista znanych nazwisk, jednak żadne z nich nie przyjęło oferty. Głos w sprawie zabrał Mateusz Borek, który nie szczędził krytycznych uwag pod adresem sposobu zarządzania klubem.

Peszko zwolniony, a nazwiska się mnożą

Sławomir Peszko poprowadził Wieczystą zaledwie przez kilka miesięcy. Po trzech porażkach w rundzie wiosennej zarząd zdecydował o zakończeniu współpracy. Decyzja miała na celu wstrząsnąć drużyną i dać jej nowy impuls na finiszu sezonu.

Kto przejmie drużynę? Na liście kandydatów pojawili się m.in. Jan Urban, Maciej Skorża, Jacek Magiera, Szymon Grabowski, Piotr Stokowiec i Gino Lettieri. Jak dotąd żaden z nich nie objął stanowiska, a sytuacja coraz bardziej przypomina casting.

Całą sprawę skomentował na platformie X Mateusz Borek. Znany dziennikarz nie ukrywał swojego zdziwienia i krytycznego podejścia do sposobu poszukiwania trenera.

– Urban, Skorża, Magiera, Grabowski, Stokowiec, Lettieri. Co to za casting? Czy ktoś szuka trenera o konkretnym stylu i profilu, czy tylko nazwiska? – zapytał.

Dodał także, że przy ewentualnym awansie Wieczysta będzie musiała przebudować niemal cały skład.

– Jak się człowiek wgłębi, to przy awansie znowu trzeba 10 nowych, by grać o coś. Oglądałem kilka ich meczów wiosną. I mam dosyć smutne wnioski – podkreślił Borek.

Porównanie do Wojciechowskiego

Dziennikarz odniósł się też do sposobu prowadzenia klubu przez właściciela Wojciecha Kwietnia. Jeden z użytkowników porównał go do byłego właściciela Polonii Warszawa – Józefa Wojciechowskiego.

– Zna się dużo lepiej na piłce. Ale czasem działa zbyt impulsywnie – ocenił.

Wieczysta Kraków zajmuje obecnie drugie miejsce w tabeli II ligi z dorobkiem 58 punktów. Tyle samo ma trzecia Polonia Bytom, ale tylko dwa pierwsze miejsca gwarantują bezpośredni awans. Do końca sezonu pozostało jeszcze siedem kolejek.

Tymczasowo zespół prowadzi Rafał Jędrszczyk, który był asystentem Peszki. Niewykluczone jednak, że to właśnie on poprowadzi drużynę do końca sezonu.

Źródło: X

Wojciech Szczęsny szczerze o nałogu: „Przegrałem tę walkę. Nie róbcie tego, co ja”

Wojciech Szczęsny udzielił wywiadu dla „Sportu”. W rozmowie poruszył temat, który od lat powraca w kontekście jego osoby – palenie papierosów. Jak sam przyznał, nie potrafi się od tego uwolnić, ale zdecydował się na szczerość, by przestrzec młodsze pokolenie.

„Nie naśladujcie mnie”

35-letni golkiper nie ukrywa, że temat palenia jest dla niego trudny. Choć słynie z poczucia humoru i dystansu, w tej kwestii mówi otwarcie i z powagą.

– Nie lubię o tym rozmawiać, ale jeśli chodzi o palenie, proszę, nie naśladujcie mnie, nie róbcie tego. Przegrałem tę walkę. Kiedy byłem młody, stworzyłem nawyk, który negatywnie na mnie oddziałuje i zdaję sobie z tego sprawę. Po prostu nie mogę tego przezwyciężyć – wyznał Szczęsny.

– Dlaczego poruszyłem ten temat? Bo nie jestem politykiem. Jestem bramkarzem, którego zadaniem jest łapać piłki i je kopać. Znacznie łatwiej jest zachować spójność z poprzednimi wywiadami, jeśli jest się szczerym, otwartym i nigdy się nie kłamie. Oczywiście, są rzeczy, o których wolałbym nie mówić. To jedna z nich.

Mimo powagi tematu, Szczęsny jak zawsze nie odmówił sobie charakterystycznego dystansu.

– Sposób, w jaki bronimy dostępu do naszej bramki, znacznie ułatwia mi pracę. Obrońcy blokują wszystkie strzały, wygrywają pojedynki, główki… więc wtedy, że tak powiem, mogę wyjść i zapalić – rzucił z uśmiechem.

Forma Polaka rzeczywiście stoi na wysokim poziomie. W 25 meczach tego sezonu zanotował już 13 czystych kont, a Barca przegrała z nim w składzie tylko raz. Do tego w tym sezonie Polak miał serię 22 spotkań bez porażki.

Źródło: SPORT, Transfery.info

Pracownik Rakowa przeprosił po kontrowersyjnym wpisie. „Usprawiedliwienia brak”

Raków Częstochowa był mocno krytykowany po tym, jak oficjalne konto klubu w mediach społecznościowych zamieściło wpis wspierający Ericka Otieno. Kenijczyk wyleciał z boiska już w 16. minucie sobotniego meczu z Pogonią Szczecin za brutalny faul na Rafale Kurzawie. Słowa wsparcia wobec sprawcy niebezpiecznego wejścia wywołały natychmiastową falę oburzenia.

Brutalny faul i czerwona kartka

W spotkaniu 28. kolejki Ekstraklasy Pogoń pokonała Raków 1:0. Jednak kluczowy moment meczu miał miejsce już w pierwszym kwadransie. Erick Otieno zaatakował Rafała Kurzawę obiema nogami, wykonując niebezpieczny wślizg, który mógł zakończyć się poważną kontuzją. Na szczęście pomocnik Pogoni nie doznał urazu, choć obraz samego wejścia Kenijczyka był wyjątkowo niepokojący.

Mimo powagi sytuacji, oficjalne konto Rakowa Częstochowa na portalu X opublikowało krótki wpis: „Trzymaj się, Erick! 👊”.

W związku z tym wpisem internauci zarzucili klubowi brak empatii i bagatelizowanie brutalnego faulu.

Autor wpisu przeprosił

Po gwałtownej reakcji użytkowników sieci do sprawy odniósł się Szymon Sobol, autor niefortunnego posta. Pracownik Rakowa przyznał się do błędu i zamieścił przeprosiny:

– Sporo hejtu wylało się pod tym postem. W pełni zrozumiałe i zasłużone. Nie lubię chować głowy w piach, więc jako autor tego wpisu mogę jedynie przeprosić. Czasem po wrzuceniu tysiąca postów, zdarzy się i taki. Niestety. Usprawiedliwienia brak – napisał.

W dalszej części dodał, że sytuacja została oceniona pochopnie, najpewniej z perspektywy trybun, bez dostępu do powtórek. Zaznaczył też, że jako kibic zwykle stara się wspierać swoich zawodników, ale tym razem wyszło niefortunnie.

– Nie wyszło. Spokojnych Świąt dla wszystkich – zakończył.

Źródło: X

Frederiksen zachwycony piłkarzem Cracovii: „Musimy mieć go na oku”

W 29. kolejce PKO BP Ekstraklasy Lech Poznań zmierzy się z Cracovią. To spotkanie może mieć nie tylko znaczenie sportowe, ale również transferowe. Benjamin Källman od dawna bowiem znajduje się na celowniku „Kolejorza”.

Källman kandydatem do wzmocnienia Lecha

Lech od dłuższego czasu szuka klasowego napastnika. Zimą do Poznania trafił Mario González, jednak jego wypożyczenie z Los Angeles FC nie spełniło oczekiwań. Hiszpan latem opuści klub, a działacze ponownie ruszą na rynek.

Zarówno forma Mikaela Ishaka, jak i spadek zaufania do Filipa Szymczaka sprawiają, że ofensywa Lecha potrzebuje świeżości. W tym kontekście nazwisko Benjamina Källmana przewija się coraz częściej. Już wcześniej informował o tym Tomasz Włodarczyk, a rozmowy z Cracovią miały być prowadzone w ciszy.

Liczby mówią same za siebie

Fiński napastnik ma za sobą znakomity sezon. W 28 meczach Ekstraklasy zdobył 17 bramek i dorzucił do tego 8 asyst. Z dorobkiem 25 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej zajmuje pierwsze miejsce w lidze.

Jego kontrakt wygasa wraz z końcem czerwca, co czyni go jeszcze atrakcyjniejszym celem transferowym. Källman nie ogłosił jeszcze decyzji w sprawie swojej przyszłości, dlatego dzisiejszy mecz może być symboliczny. Zarówno dla niego, jak i dla Lecha.

Podczas przedmeczowej konferencji trener Lecha, Niels Frederiksen, nie ukrywał uznania dla Fina. Jednocześnie zaznaczył, że jego drużyna musi zachować szczególną czujność.

– Spisuje się w tym sezonie naprawdę świetnie. Strzela sporo goli. W dodatku nie tylko dysponuje dużą szybkością, ale także fizycznie jest mocny. Umie wykorzystywać sytuacje, dlatego będziemy musieli go mieć na oku – mówił Duńczyk.

– Nie możemy zostawiać mu żadnych przestrzeni. Będziemy musieli błyskawicznie reagować. Najlepiej byłoby, gdybyśmy posiadali często piłkę. Wtedy ani Cracovia, ani on nie będą jej mieć – dodał.

Początek meczu Lech – Cracovia zaplanowano na godzinę 20:15.

Źródło: Lech Poznań, Meczyki.pl

Flick traci cierpliwość. Niemiec wściekły po meczu z Borussią

FC Barcelona awansowała do półfinału Ligi Mistrzów, ale porażka 1:3 z Borussią Dortmund w rewanżu ćwierćfinału wywołała nerwową reakcję Hansiego Flicka. Według Mundo Deportivo, trener Katalończyków jest wyraźnie niezadowolony z formy drużyny. I zamierza działać – bez taryfy ulgowej dla zawodników.

Wyniki są, ale forma już nie

Wyniki Barcelony z kwietnia na pierwszy rzut oka nie wyglądają źle: 1:0 z Atletico, 1:1 z Betisem, 4:0 z Borussią, 1:0 z Leganes i w końcu wspomniana porażka 1:3 w Dortmundzie. Jednak, jak zauważa Mundo Deportivo, tylko w jednym z tych spotkań — pierwszym starciu z BVB — „Blaugrana” prezentowała się naprawdę dobrze.

Co ważne, od tamtej pory zespół Flicka nie zdobył ani jednej bramki z gry. Zarówno przeciwko Leganes, jak i w rewanżu z Borussią, do siatki trafiali… rywale, po samobójczych trafieniach. Choć bramki te były efektem pressingu lub chaosu podbramkowego, Barcelona tworzyła znacznie mniej klarownych sytuacji niż wcześniej.

Jak donosi Mundo Deportivo, Hansi Flick nie krył frustracji po przegranym meczu na Signal Iduna Park. Powodem nie była jedynie porażka, ale również fakt, że jego drużyna pozwoliła rywalom na zbyt wiele. Niemca zabolało też to, że przegrał w bezpośrednim pojedynku z Niko Kovacem – trenerem, którego kiedyś zastąpił w Bayernie Monachium. Zdenerwowanie Flicka było wyczuwalne jeszcze dzień po spotkaniu.

Zazwyczaj po takiej serii meczów i awansie do półfinału Ligi Mistrzów drużyna mogłaby liczyć na chwilę oddechu. Tym razem będzie inaczej. Flick nie zamierza odpuszczać. Według Mundo Deportivo, Niemiec planuje „dokręcić śrubę” swoim zawodnikom. Nawet mimo tego, że najbliższe dwa mecze – z Celtą Vigo i Mallorcą – wydają się na papierze łatwiejsze.

Trener uważa, że właśnie te spotkania mogą dodać zespołowi energii. Zwłaszcza jeśli Real Madryt straci punkty z Getafe lub Athletic Club.

Najbliższy mecz Barcelona rozegra już w sobotę, 19 kwietnia o 16:15, gdy na własnym stadionie podejmie Celtę Vigo. Następnie, we wtorek 22 kwietnia o 21:30, zmierzy się z Mallorcą. Później czekają ją dwa arcyważne spotkania: finał Pucharu Króla z Realem Madryt (26.04, 22:00) oraz pierwszy półfinał Ligi Mistrzów z Interem Mediolan (30.04, 21:00).

Źródło: Mundo Deportivo, Sport.pl

Pierwsza porażka Szczęsnego w Barcelonie. Hiszpańskie media nie miały litości

Wojciech Szczęsny po raz pierwszy zaznał smaku porażki jako podstawowy bramkarz FC Barcelony. Katalończycy przegrali w Dortmundzie 1:3 z Borussią, jednak mimo niepowodzenia awansowali do półfinału Ligi Mistrzów dzięki wcześniejszemu zwycięstwu 4:0. Hiszpańskie media nie tylko surowo oceniły występ Polaka, ale też popełniły zaskakującą pomyłkę.

Passa przerwana

Szczęsny do tej pory uchodził za talizman Barcelony. Z nim w bramce drużyna nie przegrała żadnego z 22 spotkań. Wtorkowa porażka w Dortmundzie przerwała tę serię, choć nie pokrzyżowała planów awansowych. Polak nie miał większych szans przy straconych bramkach, ale jedno zdarzenie zaważyło na jego ocenie.

To właśnie Szczęsny sprokurował rzut karny, po którym Borussia objęła prowadzenie. Ta sytuacja wyraźnie wpłynęła na jego notę meczową.

„Marca” pomyliła narodowość, a „Sport” nie oszczędził w słowach

Dziennik Marca, komentując występ Szczęsnego, przypomniał o jego rekordowej serii, choć… nazwał go Niemcem.

„Niemiecki bramkarz, który w 2025 roku jest numerem jeden, od momentu wskoczenia do składu nie zaznał porażki w koszulce Barcelony. W zasięgu ręki miał przejście do historii, ale tak się jednak nie stało” – napisano, jednocześnie przypominając o niespełnionej szansie wyrównania serii Johana Cruyffa.

Z kolei kataloński Sport ocenił Szczęsnego jako najsłabszego zawodnika Barcelony w tym spotkaniu.

„Sprokurował niepotrzebny rzut karny, co pozwoliło gospodarzom otworzyć wynik spotkania. To nie było konieczne. Jeszcze w pierwszej połowie zrehabilitował się broniąc jeden groźny strzał”.

Kłopoty przed meczem

El Mundo Deportivo poszło o krok dalej i wskazało, że problemy Szczęsnego mogły zacząć się jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Polak nabawił się urazu dłoni podczas rozgrzewki, co – zdaniem dziennika – mogło wpłynąć na jego decyzje w trakcie meczu.

„Po szybkim wyleczeniu urazu w dłoniach podczas rozgrzewki, zbyt mocno zaryzykował, wychodząc pod nogi Grossa, który był odwrócony plecami. Niepotrzebnie sprokurował rzut karny, który oznaczał prowadzenie Borussii. Potem odbił nogą strzał Adeymiego, ale nie poradził sobie z rzutem rożnym, po którym było 2:0. To jego pierwsza porażka w Barcelonie” – podsumowano.

FC Barcelona awansowała do półfinału Ligi Mistrzów z łącznym wynikiem 5:3.

Źródło: Polsat Sport, El Mundo Deportivo, Sport, Marca

EkstraklasaTrolls.pl
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.