Burza wokół Mourinho po meczu Ligi Mistrzów. Byli piłkarze bronią Viniciusa

Jose Mourinho znalazł się pod ostrzałem po komentarzu na temat Viniciusa Juniora. Byli reprezentanci Anglii i Holandii nie zostawili na nim suchej nitki.

Rasistowski incydent i kontrowersyjna reakcja

Podczas meczu Realu Madryt z Benficą, wygranego przez Hiszpanów 1:0 w Lidze Mistrzów, doszło do poważnych oskarżeń. Vinicius Junior zarzucił jednemu z rywali rasistowskie wyzwiska, dlatego sprawą zajmie się UEFA.

Zamiast jednoznacznego wsparcia Brazylijczyka, Jose Mourinho zasugerował, że piłkarz Realu nie był bez winy. Trener Benfiki skrytykował sposób, w jaki Vinicius celebrował gola, ponieważ uznał tę radość za prowokacyjną.

Ta wypowiedź wywołała lawinę reakcji. Wielu ekspertów uznało ją za niestosowną, zwłaszcza w kontekście zarzutów o rasizm.

Do słów Mourinho odniósł się Micah Richards. Były reprezentant Anglii nie krył rozczarowania, choć podkreślił szacunek dla dorobku Portugalczyka.

– Mourinho to ktoś, kogo absolutnie uwielbiam jako trenera. Oczekuję od niego więcej, bo jest wpływową osobą w świecie sportu. Wiele osób słucha tego, co mówi. To hipokryzja z jego strony, gdy mówi takie rzeczy o Viniciusie, a sam świętuje, jak tylko chce – stwierdził.

Carragher i Seedorf bez taryfy ulgowej

Jamie Carragher również nie zgodził się z Mourinho. Były obrońca Liverpoolu przypomniał sytuacje, w których Portugalczyk sam prowokował rywali.

– Pamiętamy, jak biegał wzdłuż linii bocznej na Old Trafford. Pamiętamy finał pucharu przeciwko Liverpoolowi. Kiedy Chelsea strzeliła gola w końcówce, to Mourinho nakazywał wszystkim kibicom, żeby się uciszyli. Trochę to ironiczne, że teraz krytykuje Viniciusa za radość. Miał prawo cieszyć się tak, jak chciał – ocenił Anglik.

Jeszcze mocniej wypowiedział się Clarence Seedorf. Holender uznał, że w tej sprawie nie ma miejsca na dwuznaczności.

– Myślę, że popełnił dziś duży błąd, próbując usprawiedliwić rasistowskie wyzwiska. Nigdy, przenigdy nie powinniśmy tego robić – podsumował.

Źródło: skysports.com, meczyki.pl

PZN uspokaja w sprawie Maciusiaka. Działacz ocenił przyszłość trenera

Rafał Kot w rozmowie z portalem WP Sportowe Fakty jasno ocenił decyzję jury ws. konkursu duetów. Tematem w wywiadzie była również przyszłość trenera polskich skoczków.

Medal dla Polski

W Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo trwają zimowe igrzyska olimpijskie. W poniedziałek rozegrano konkurs duetów na dużej skoczni, jednak rywalizacja nie dotrwała do końca. Jury przerwało zawody po dwóch seriach, ponieważ w trakcie trzeciej pogoda gwałtownie się pogorszyła.

Dzięki temu srebrny medal wywalczyli Kacper Tomasiak i Paweł Wąsek. Polacy utrzymali wysoką pozycję, a decyzja o zakończeniu konkursu zamknęła drogę do ewentualnych przetasowań.

Głos w sprawie zabrał Rafał Kot, członek zarządu Polskiego Związku Narciarskiego. Działacz nie miał wątpliwości, że jury postąpiło właściwie.

– Gdyby rywalizację dokończono, to byłoby wypaczenie wyników. Przy takim opadzie śniegu, to nie miało nic wspólnego ze sprawiedliwymi zmaganiami. To, że dramatycznie spadły prędkości na rozbiegu to jedno, ale bardzo niebezpieczne w tych warunkach, przy tak intensywnym opadzie, było samo lądowanie. Jury podjęło jedyną słuszną w tej sytuacji decyzję. Czekanie nie miało sensu. To są igrzyska olimpijskie, potrzeba tutaj szybkich decyzji, a nie przeciągania rywalizacji w nieskończoność – powiedział w rozmowie z WP Sportowe Fakty.

Złoto zdobyli Austriacy, a brąz wywalczyli Norwegowie. Niemcy zakończyli zmagania bez medalu, natomiast za nimi uplasowali się Słoweńcy, Japończycy, Szwajcarzy i Amerykanie.

Jasna deklaracja w sprawie trenera

Kot odniósł się także do pracy trenera Macieja Maciusiaka. Podkreślił, że szkoleniowiec funkcjonował pod ogromną presją, jednak sprostał wyzwaniu.

– Trener, tak jak skoczkowie, zmagał się z ogromną presją, a świetnie to udźwignął i jestem pod wielkim wrażeniem. Powiem jedno: może już teraz spać spokojnie – zaznaczył.

Ta deklaracja brzmi jak wyraźny sygnał stabilizacji. Skoro działacz mówi o spokoju, to oznacza, że przyszłość szkoleniowca nie jest zagrożona. Srebrny medal w tak trudnych warunkach stanowi mocny argument.

Źródło: WP Sportowe Fakty

Lewandowski bez wpływu na derby Katalonii. Hiszpanie bezlitośni po porażce Barcelony

Robert Lewandowski wszedł na murawę przy wyniku 1:1, ale nie zdołał odmienić losów spotkania z Gironą. Hiszpańskie media oceniły jego występ bardzo surowo.

Wejście przy remisie i nerwowa końcówka

Robert Lewandowski pojawił się na boisku w 73. minucie meczu na Estadi Montilivi. FC Barcelona remisowała wtedy z Gironą 1:1, dlatego końcówka zapowiadała się niezwykle intensywnie.

Zespół Hansiego Flicka podkręcał tempo, jednak Girona groźnie kontratakowała. W ostatnich minutach nie brakowało sytuacji, ale dominował chaos. Barcelona ostatecznie przegrała 1:2 i straciła po 10 kolejkach pozycję lidera La Liga. Real Madryt ma obecnie dwa punkty więcej.

Lewandowski zmienił Ferrana Torresa, choć część mediów typowała go do wyjściowego składu. Polak oddał jeden strzał, lecz niecelny. Trafił też do siatki, jednak znajdował się na wyraźnym spalonym. Dwukrotnie złapano go na ofsajdzie, a przez kilkanaście minut miał zaledwie 10 kontaktów z piłką. Trudno było więc oczekiwać, że odmieni obraz gry.

Noty mówią same za siebie

Hiszpańska prasa nie pozostawiła złudzeń. Dziennik „Sport” przyznał mu notę 4 w dziesięciostopniowej skali.

– Niepasujący. Wszedł z aurą, ale nie potrafił wyróżnić się w dwóch lub trzech akcjach, które mógł zakończyć. Słaby – napisano w uzasadnieniu.

„Marca” oceniła go na jedną gwiazdkę w trzystopniowej skali, natomiast „AS” nie przyznał mu żadnej.

– Powolny i bez pomysłów. To niepokojące – podkreślił madrycki dziennik.

Portal Barca Universal wystawił ocenę 5/10 i zwrócił uwagę na brak celnego strzału. Najłagodniejszy ton przyjęło „Mundo Deportivo”, które nie stosuje ocen liczbowych.

– Dopóki nikt nie udowodni inaczej, Lewandowski pozostaje najpewniejszym strzelcem, gdy piłka dociera do pola karnego. Miał 20 minut, choć bezowocnych. Trafił głową, ale akcja została słusznie anulowana – oceniono.

Barcelona zapłaciła wysoką cenę za błędy w defensywie. W następnym meczu Blaugrana zmierzy się u siebie z Levante.

Źródło: Interia Sport, Sport.es, Mundo Deportivo, Marca, Barca Universal, AS

De Jong uderza w sędziów. „Jeśli to nie jest AI, mamy skandal” [WIDEO]

Barcelona przegrała z Atlético aż 0:4, ale po meczu więcej mówi się o anulowanym golu niż o wyniku. Frenkie de Jong nie ukrywa frustracji po decyzji sędziów.

Sześć minut analizy i rosnące wątpliwości

FC Barcelona mocno skomplikowała sobie drogę do finału Pucharu Króla. W czwartek przegrała z Atlético Madryt 0:4, a zespół Diego Simeone wykorzystał niemal każdą słabość rywala.

Rozmiary porażki mogły być mniejsze, ponieważ w pierwszej połowie do siatki trafił Pau Cubarsí. Sędziowie jednak nie uznali gola z powodu spalonego. Analiza trwała ponad sześć minut, a półautomatyczny system nie zadziałał prawidłowo, co tylko spotęgowało napięcie.

Ostateczna interpretacja nie przekonała gospodarzy. W klubie dominuje przekonanie, że decyzja była błędna, dlatego działacze zapowiadają złożenie oficjalnej skargi.

De Jong mówi wprost o skandalu

Swojego oburzenia nie ukrywał Frenkie de Jong. Holender po meczu jasno wyraził wątpliwości wobec przedstawionych obrazów.

– Wyraźnie widać, że to nie był spalony. Później, w telewizji, pokazali zdjęcie, na którym nie widać kontaktu z piłką. Następnie jest zdjęcie, na którym Fermin strzela, a obrońca jest metr za Robertem. Uważam, że to bardzo dziwne – powiedział dla Sporty TV.

Pomocnik przyznał, że rozmawiał z arbitrem, jednak ten sam czekał na sygnał z wozu VAR.

– Powiedziałem to sędziemu po meczu. Wiem, że on sam niewiele mógł zrobić, bo też czekał na informacje. Ale jeśli to, co widziałem, nie jest AI, a obecnie niczego nie można być pewnym, to mamy skandal – dodał.

Rewanż zaplanowano na 3 marca.

Źródło: Meczyki.pl, SportyTV, Eleven Sports

Urban broni reprezentanta. Selekcjoner nie zamierza zmieniać zdania ws. jego powołania

Powołania dla Bartosza Kapustki budzą dyskusje, jednak Jan Urban pozostaje konsekwentny. Selekcjoner jasno wytłumaczył, dlaczego widzi w pomocniku ważny element kadry.

Charakterystyka ważniejsza niż klubowa forma

Jan Urban od początku swojej kadencji regularnie stawia na Bartosza Kapustkę. Pomocnik na stałe zagościł w reprezentacji i wystąpił w każdym meczu za nowego selekcjonera. W spotkaniu z Holandią, zakończonym remisem 1:1, wyszedł nawet w podstawowym składzie.

Decyzja trenera budzi wątpliwości, ponieważ 29-latek nie zachwyca formą w Legii Warszawa. Krytycy wskazują na brak stabilności, jednak Urban patrzy na sprawę szerzej. Liczy się profil zawodnika, a nie tylko bieżące statystyki.

– Komuś się może podobać piłkarz o innej charakterystyce, a mnie się może podobać o takiej charakterystyce. Uważam, że Kapustka, będący w dobrej dyspozycji, to chłopak bardzo zaawansowany technicznie. Czyta grę – powiedział w rozmowie z Weszło.

Selekcjoner podkreśla, że pomocnik potrafi przyspieszyć grę i zagrać kluczowe podanie. Zwraca uwagę, że nie każdy zawodnik musi dominować fizycznie, ponieważ drużyna potrzebuje różnych cech.

– Potrafi zagrać ostatnie podanie. Ktoś mi powie, że w kontakcie jest słaby, że nie powalczy, nie włoży nogi i tak dalej. Każdy ma inne umiejętności. Uważam, że Kapustka w drużynie, która gra piłkę kombinacyjną, potrafi się odnaleźć bardzo dobrze – dodał.

Liczby przed barażami

W tym sezonie Kapustka rozegrał 32 mecze dla Legii. Strzelił cztery gole i zanotował siedem asyst. Najbliższy mecz reprezentacja rozegra 26 marca przeciwko Albanii w barażach o mundial 2026.

Źródło: Weszlo.com

CANAL+ z nowymi prawami. Pięć lat wielkich turniejów na żywo

Fani darta w Polsce doczekali się przełomu. CANAL+ pokaże wszystkie najważniejsze turnieje PDC przez najbliższe pięć lat.

Koniec transmisyjnej luki

CANAL+ ogłosił w czwartek porozumienie, które zmienia krajobraz darta w Polsce. Stacja zapewniła sobie prawa do najważniejszych imprez organizowanych przez Professional Darts Corporation. To oznacza stałą obecność światowej elity na sportowych antenach.

Na przełomie 2025 i 2026 roku kibice z zapartym tchem śledzili występy Krzysztofa Ratajskiego. Polak po raz drugi w karierze dotarł do ćwierćfinału mistrzostw świata, jednak w tej fazie musiał uznać wyższość Luke’a Littlera. Późniejszy triumfator i lider rankingu potwierdził klasę, ale występ Ratajskiego rozpalił zainteresowanie dyscypliną.

Dart w Polsce rośnie, ponieważ przyciąga nowe pokolenie kibiców. Problemem był jednak brak regularnych transmisji z polskim komentarzem po wycofaniu się Viaplay. Teraz ta luka znika, a widzowie zyskają pełny kalendarz najważniejszych wydarzeń.

CANAL+ pokaże mistrzostwa świata, Premier League, World Matchplay, mistrzostwa Europy, Grand Slam of Darts, World Cup of Darts oraz cykl European Tour. To kompletny pakiet, dlatego kibice nie będą musieli szukać transmisji poza granicami kraju.

Kraków na mapie światowego darta

European Tour już w przyszłym tygodniu zawita do Polski. W dniach 20–22 lutego najlepsi darterzy świata zagrają w Krakowie. Na liście startowej znajdują się Littler oraz Ratajski, więc emocji nie zabraknie.

Dyrektor redakcji sportowej CANAL+, Michał Kołodziejczyk, podkreślił znaczenie tej inwestycji.

– Dart to dziś jedna z najszybciej rosnących dyscyplin sportowych w Europie. Od dawna obserwujemy coraz większe zainteresowanie tym sportem i pozyskując do niego prawa, odpowiadamy na oczekiwania naszych widzów. Wielokrotnie byliśmy pytani o możliwość transmisji darta na antenach CANAL+ i dziś cieszymy się, że możemy zaproponować najważniejsze turnieje światowego kalendarza – z mistrzostwami świata i rozgrywkami Premier League Darts na czele – powiedział.

Źródło: CANAL+

Co dalej z Lewandowskim? Pięć potencjalnych kierunków

Przyszłość Roberta Lewandowskiego w Barcelonie nie jest przesądzona. Napastnik ma kilka opcji, jednak wciąż najbliżej mu do pozostania w Katalonii.

MLS, Turcja, Włochy, Arabia Saudyjska i… Barcelona

Robert Lewandowski znajduje się w kluczowym momencie kontraktowym. Jego umowa z FC Barcelona obowiązuje do 30 czerwca tego roku, dlatego temat przyszłości regularnie wraca do mediów.

Najgłośniej mówi się o zainteresowaniu ze strony Chicago Fire. Klub z MLS widzi w Polaku nie tylko snajpera, lecz także twarz projektu. Władze zespołu z Illinois liczą, że kapitan reprezentacji Polski stałby się ambasadorem marki, ponieważ jego nazwisko wciąż ma globalną siłę.

Dziennikarz Roger Torelló z Mundo Deportivo podsumował jednak, że na stole leży więcej możliwości. Według niego 37-latek analizuje pięć opcji. Oprócz klubu z MLS w grze pozostają Atlético Madryt, Fenerbahçe, AC Milan oraz kierunek saudyjski.

Pieniądze nie na pierwszym planie

Według Torelló aspekt finansowy nie stanowi dziś kluczowego czynnika. Lewandowski ma priorytet, którym pozostaje dalsza gra w Barcelonie. Jeśli klub jasno określi jego rolę, może nawet zaakceptować obniżkę wynagrodzenia.

To jednak wymaga precyzyjnych ustaleń, ponieważ napastnik chce znać swoje miejsce w projekcie. Nie chodzi wyłącznie o liczbę minut, ale także o zaufanie i realny wpływ na drużynę. Dlatego decyzja nie zapadnie pochopnie. W najbliższych tygodniach pojawi się wiele spekulacji, jednak konkretów należy oczekiwać dopiero w późniejszym etapie sezonu.

Źródło: Mundo Deportivo

Kiedy „Lewy” skończy karierę reprezentacyjną? „Takich rzeczy nie da się planować”

Robert Lewandowski uspokaja kibiców i nie wyznacza daty rozstania z reprezentacją. Doświadczony napastnik podkreśla, że decyzję podejmie dopiero wtedy, gdy naprawdę to poczuje.

Urban przekonał lidera kadry

Robert Lewandowski zbliża się do końca kariery, jednak wciąż pozostaje kluczową postacią reprezentacji. W rozmowie z Piłką Nożną przyznał, że nie określił, jak długo będzie jeszcze występował z orzełkiem na piersi.

Napastnik Barcelony ma za sobą burzliwy moment w kadrze, ponieważ wcześniej zrezygnował z gry po utracie opaski kapitana. Stało się to za kadencji Michała Probierza, który odebrał mu tę funkcję. Sytuacja zmieniła się, gdy stery reprezentacji przejął Jan Urban.

Lewandowski podkreśla, że praca selekcjonera różni się od pracy trenera klubowego, dlatego nie można stawiać prostych porównań.

– Trener klubowy pracuje z zespołem na co dzień, ma czas na treningi, wdrażanie koncepcji i detali. Trener reprezentacji funkcjonuje w zupełnie innych realiach, z bardzo ograniczonym czasem pracy z zawodnikami. W tym sensie Jan Urban w klubie i Jan Urban w kadrze to dwie nieco różne odsłony tego samego fachowca. Dlatego nie porównywałbym ich wprost z Hansim. To inne warunki, zupełnie inne wyzwania – podkreślił.

Kapitan zwraca uwagę na komunikację, ponieważ w kadrze liczy się szybkie budowanie relacji. Urban, jak zaznacza, mówi wprost i jasno określa swoje oczekiwania.

– Jan Urban jest szczery w tym, co mówi, ma klarowną wizję, dużo z nami rozmawia, a to zawsze jest bardzo ważne. Ma fajne podejście do nas, piłkarzy. Ujęło nas w nim to, że pewne rzeczy mówi prosto w oczy. Teraz czas na dodawanie kolejnych elementów, czysto piłkarskich – zaznaczył.

Decyzja przyjdzie z czasem

Temat zakończenia kariery reprezentacyjnej powraca regularnie, jednak sam zainteresowany tonuje spekulacje. Nie wskazuje daty, bo jak twierdzi, takich spraw nie da się zaplanować.

– Takich rzeczy nie da się planować. Trzeba to poczuć. Mogę poczuć, że czas kończyć, ale wcale nie musi się to wydarzyć niebawem. Odejdę z kadry, gdy będę pewny w stu procentach, że to jest już ten moment – zapewnił.

Źródło: Piłka Nożna

Lewandowski o kadrze przed barażami. Pochwalił też rozwój reprezentanta

Robert Lewandowski wierzy w awans na mundial, ale podkreśla, że baraże nie wybaczają błędów. Kapitan reprezentacji w rozmowie z Piłką Nożną jasno wskazał, co zdecyduje o sukcesie.

Cierpliwość ważniejsza niż efektowna gra

Robert Lewandowski wrócił do reprezentacji Polski i znów pełni rolę lidera. Kadra zajęła drugie miejsce w grupie eliminacyjnej, dlatego w marcu rozegra dwustopniowe baraże. Na początek zmierzy się z Albanią.

Napastnik nie ukrywa, że zespół przechodził trudny okres, jednak dziś patrzy w przyszłość z większym spokojem. Zwraca uwagę na mentalność, ponieważ w barażach detale decydują o wszystkim. Nie zawsze uda się narzucić własny styl, dlatego drużyna musi wykazać się cierpliwością.

– Jeszcze niedawno byliśmy w trudnym momencie i dopiero z niego wychodzimy. Baraże będą wymagające i trzeba być na to mentalnie przygotowanym. Nie zawsze będziemy dominować, prowadzić grę i strzelać gole seriami, to będzie twarda, wymagająca rywalizacja, w której kluczowe będą cierpliwość, koncentracja i zespołowość – powiedział w rozmowie z Piłką Nożną.

Kamiński zyskuje uznanie

Jesienią bardzo dobrze zaprezentował się Jakub Kamiński. Skrzydłowy coraz odważniej wchodzi w rolę ważnego ogniwa zespołu, a jego rozwój cieszy kapitana.

– Kamyk jest na bardzo dobrej drodze i zrobił naprawdę duży postęp. Najważniejsze, żeby miał spokój i mógł rozwijać się krok po kroku, bez niepotrzebnej presji – ocenił Lewandowski.

Doświadczony napastnik podkreślił też znaczenie regularnych występów w klubie. Zawodnik potrzebuje minut, ponieważ tylko wtedy buduje pewność siebie. Kamiński ma potencjał, ale musi konsekwentnie pracować.

– Cieszy mnie, że regularnie gra w klubie, bo to zawsze jest kluczowe na tym etapie kariery. Ma duży potencjał i wszystko przed nim. Jeśli będzie dalej pracował i zbierał doświadczenie, gole i asysty z czasem też przyjdą. Najważniejsze, żeby konsekwentnie się rozwijał i budował pozycję – dodał kapitan.

Źródło: Piłka Nożna

Widzew w alarmującej sytuacji. „Nie dokończy sezonu”

Widzew Łódź znalazł się w jednym z najtrudniejszych momentów ostatnich lat, a coraz więcej głosów sugeruje, że Igor Jovićević może nie dotrwać do końca sezonu. Według Marcina Borzęckiego z Kanału Sportowego to właśnie on może zostać niedługo zwolniony z klubu Ekstraklasy.

Droga kadra, mizerne punkty i pękająca cierpliwość

Sytuacja Widzewa Łódź staje się coraz bardziej niepokojąca. Zespół, który został zbudowany za grube miliony, zajmuje aktualnie przedostatnie miejsce w tabeli Ekstraklasy. Po zimowym obozie drużyna nie zrobiła kroku do przodu, a wręcz przeciwnie. Pod wieloma względami wygląda gorzej niż jesienią.

Runda wiosenna rozpoczęła się fatalnie. Widzew przegrał najpierw z Jagiellonią Białystok, a następnie uległ GKS-owi Katowice. Te porażki sprawiły, że wszelkie plany walki o górną część tabeli można dziś włożyć między bajki. Cel numer jeden to utrzymanie w Ekstraklasie, bo sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli.

Klub finansowany przez Roberta Dobrzyckiego punktuje obecnie najgorzej w lidze, ex aequo z Legią Warszawa i Bruk-Betem Termalicą Nieciecza. Przy Piłsudskiego narasta frustracja, a głównym adresatem krytyki jest Igor Jovićević. Chorwat miał czas na wdrożenie swoich pomysłów, ale liczby są bezlitosne.

W jedenastu spotkaniach pod jego wodzą Widzew wygrał tylko cztery razy, raz zremisował i aż sześć razy przegrał. Średnia 0,78 punktu na mecz w Ekstraklasie nie przystaje do skali inwestycji i oczekiwań, dlatego coraz częściej słychać, że misja 52-latka może zakończyć się przedwcześnie.

Jednym z najmocniejszych głosów w tej sprawie był Marcin Borzęcki, który w programie „Moc Futbolu” w Kanale Sportowym nie pozostawił złudzeń.

– Moim zdaniem to nie dokończy sezonu. Zacznie się zaraz palić Widzewowi w czterech literach. Jak może dobrze funkcjonować zespół, jak masz takiego Frana Alvareza, który jest piłkarzem na Ekstraklasę co najmniej dobrym, może nawet bardzo dobrym. Jesienią robił świetne liczby. Taki Alvares siedzi sobie w szatni i widzi, że w trakcie zimowego okienka sprowadzani są piłkarze za pięć milionów euro i dostaną ekstra pensje. […] Nie siedzę w tej szatni, ale nietrudno się domyślić, że tam ta hierarchia jest zaburzona – tłumaczył.

Jeszcze ostrzej sytuację ocenił Wojciech Kowalczyk w programie „Liga Minus”. Były piłkarz zasugerował, że decyzja może zapaść błyskawicznie.

– Wcale się nie zdziwię, jak za godzinę, dwie, dostaniemy informację, że szkoleniowca Widzewa już nie ma. A jak nie to jutro w okolicach południa będziemy wiedzieli, że nie ma szkoleniowca Widzewa. Właściciel nie będzie się patyczkował z gościem, któremu naściągał zawodników. On tutaj musi mieć punkty. Nie może być tak, że pykanko, pykanko, jeden celny strzał na bramkę oddaje w kierunku Drągowskiego rywal i jest gol. A ty oddajesz w ciągu 90 minut jeden celny strzał na bramkę i nie ma gola – mówił były reprezentant Polski.

Umowa Igora Jovićevicia obowiązuje do 30 czerwca 2027 roku. Jeśli łodzianie dalej będą tak punktować, to jego pobyt może szybciej dobiec końca.

Źródło: Kanał Sportowy, Weszlo.com, Transfery.info

Internauta obrażał piłkarza Cracovii. Glik i Klich stanęli za nim murem

Jedna obraźliwa wiadomość w mediach społecznościowych wystarczyła, aby wywołać stanowczą reakcję dwóch uznanych polskich piłkarzy. Oskar Wójcik z Cracovii został zaatakowany na portalu X, ale jego koledzy z boiska szybko pokazali, że nie jest sam.

Hejt na Wójcika

W piątkowy wieczór piłkarze Cracovii rozegrali wymagające spotkanie z Lechią Gdańsk, które zakończyło się remisem 1:1. „Pasy” wywalczyły punkt w trudnych okolicznościach, ponieważ przez całą drugą połowę grały w osłabieniu po czerwonej kartce dla Karola Knapa. Mimo to zespół zachował organizację i dowiózł wynik do końca.

Pełne 90 minut na boisku spędził Oskar Wójcik. 22-letni defensor po meczu stał się jednak bohaterem nie sportowych analiz, lecz przykrego incydentu w mediach społecznościowych. Jeden z użytkowników dopuścił się obraźliwego komentarza pod adresem zawodnika, co szybko spotkało się z reakcją.

W obronie młodszego kolegi stanął były reprezentant Polski Kamil Glik. Jego odpowiedź była krótka, ale bardzo wymowna.

– Na tego ***** będziesz przychodził na Narodowy – napisał Glik, jasno sugerując, że widzi w Wójciku przyszłego kadrowicza.

Na wpis stopera odpowiedział także inny były reprezentant kraju, Mateusz Klich, który dorzucił swoje trzy grosze.

– Koszulka z nr 15 już czeka – skomentował pomocnik.

W obecnym sezonie obrońca jest jednym z filarów Cracovii. Wystąpił już w 22 spotkaniach, z czego aż 20 na poziomie Ekstraklasy. Zespół z Krakowa zajmuje obecnie piąte miejsce w ligowej tabeli i pozostaje w grze o europejskie puchary.

Kolejnym rywalem „Pasów” będzie Jagiellonia Białystok, która znajduje się na podium Ekstraklasy.

Źródło: X

Peszko zdradził szczegóły ws. Jamesa Rodrigueza. Pensja przeważyła

James Rodriguez zimą był oferowany polskim klubom, ale rozmowy zakończyły się szybciej, niż się zaczęły. Sławomir Peszko ujawnił kulisy i kwotę, która skutecznie ostudziła entuzjazm w Krakowie.

Wielkie nazwisko, ale jeszcze większe oczekiwania

James Rodriguez to jedna z największych gwiazd mundialu w Brazylii w 2014 roku. Kolumbijczyk pozostaje obecnie wolnym zawodnikiem, dlatego jego agenci aktywnie szukali dla niego nowego klubu. Jak się okazuje, jednym z kierunków była Polska, a konkretnie Kraków.

Najpierw informacje w tej sprawie przekazał Dawid Dobrasz na kanale Meczyki. Dziennikarz z Poznania ujawnił, że ofertę zatrudnienia Rodrigueza otrzymała Cracovia.

Niedługo później wyszło na jaw, że agenci piłkarza skontaktowali się także z Wieczystą Kraków. Oba kluby miały poznać warunki finansowe, które szybko ostudziły ewentualne rozmowy.

Szczegóły ujawnił Sławomir Peszko w Kanale Sportowym. Były reprezentant Polski potwierdził, że temat był realny, ale kluczowa okazała się pensja, jakiej domagał się Kolumbijczyk.

– To były pieniądze w granicach tego, co podaje się, że zarabia Andi Zeqiri – powiedział Peszko.

Oznacza to około 1,2 miliona euro brutto rocznie, czyli kwotę całkowicie poza zasięgiem realiów większości klubów Ekstraklasy, a tym bardziej projektów budowanych w niższych ligach.

Nawet jeśli nazwisko Rodrigueza wciąż elektryzuje kibiców, to jego aktualna forma i wiek nie uzasadniają takiego wydatku w oczach działaczy. Peszko jasno zaznaczył, że polskie kluby coraz częściej odchodzą od strategii opierającej się wyłącznie na głośnych nazwiskach z przeszłości.

– Takim tropem to i ja mógłbym jeszcze podpisać kontrakt jako piłkarz, bo przecież ja też grałem na mistrzostwach świata – stwierdził były piłkarz.

Rodriguez po odejściu z Realu Madryt nie zdołał już wrócić na światowy top. Ostatnio występował w Meksyku, jednak jego kariera od lat nie rozwija się zgodnie z oczekiwaniami, jakie pojawiły się po transferze do Hiszpanii.

Źródło: Kanał Sportowy, meczyki.pl

Legia mogła mieć napastnika wartego 23 miliony euro. Wybrali Szkurina

Legia Warszawa od miesięcy rozgląda się za klasowym napastnikiem, ale okazuje się, że jeden z nich był na wyciągnięcie ręki już rok temu. Klub z Łazienkowskiej odrzucił ofertę piłkarza, który dziś kosztuje fortunę i gra w Premier League.

Przegapiona szansa

Problemy Legii Warszawa z obsadą pozycji numer dziewięć nie są tajemnicą, ponieważ kadra Marka Papszuna wciąż wygląda skromnie pod względem napastników. Obecnie szkoleniowiec ma do dyspozycji jedynie Miletę Rajovicia i Antonio Colaka. Do zdrowia wraca również Jean-Pierre Nsame. W przestrzeni medialnej jednak regularnie pojawia się nazwisko Karola Świderskiego. Okazuje się, że problem ten mógł się rozwiązać wcześniej.

Według Piotra Koźmińskiego z Goal.pl rok temu „Wojskowym” oferowano usługi napastnika, który tej zimy został bohaterem transferu wartego aż 23 miliony euro. Chodzi o Pablo Felipe.

Brazylijczyk niedawno podpisał kontrakt z West Ham United, jednak wcześniej występował w portugalskim Gil Vicente. Jego początki w Portugalii były trudne, ponieważ jesienią 2024 roku nie zdobył ani jednej bramki. To właśnie w tamtym okresie jego nazwisko trafiło na biurko władz Legii.

 

Koźmiński podkreśla, że kandydatura Pablo Felipe miała nawet poparcie ówczesnego trenera „Wojskowych”, Goncalo Feio. Klub jednak nie zdecydował się na ten ruch, uznając, że Brazylijczyk nie jest właściwą opcją na wzmocnienie ataku. W efekcie postawiono na inny kierunek i zakontraktowano Ilję Szkurina.

Decyzja ta z perspektywy czasu wygląda bardzo niekorzystnie. Pablo Felipe w kolejnych miesiącach odblokował się strzelecko w Portugalii, a jego forma przyciągnęła uwagę klubów z najmocniejszych lig. Efektem był transfer do Premier League za wspomnianą wcześniej kwotę.

Źródło: Goal.pl

Złe wiadomości ws. Pietuszewskiego. Pojawił się problem

FC Porto zameldowało się bezpośrednio w 1/8 finału Ligi Europy, ale nie dla wszystkich to dobra wiadomość. Portugalskie media sugerują, że Oskar Pietuszewski może nie znaleźć się w kadrze na wiosenne mecze, mimo bardzo obiecującego początku w nowym klubie.

Limit bez litości dla Polaka

Awans FC Porto do 1/8 finału Ligi Europy rozbudził nadzieje polskich kibiców, którzy liczyli, że wiosną w europejskich pucharach zobaczą komplet rodaków w barwach „Smoków”. Rzeczywistość może jednak okazać się mniej optymistyczna, ponieważ jeden z nich najprawdopodobniej zostanie poza listą zgłoszeniową.

Oskar Pietuszewski zaliczył znakomity debiut 18 stycznia 2026 roku w meczu ligowym z Vitorią Guimaraes. Wszedł na boisko na ostatnie kilkanaście minut i natychmiast zrobił różnicę, ponieważ wywalczył rzut karny, który przesądził o zwycięstwie. W końcówce sprowokował też rywala do faulu, po którym przeciwnik zobaczył drugą żółtą kartkę.

W kolejnych spotkaniach Pietuszewski również pojawiał się na murawie, jednak wyłącznie w końcówkach. Na debiut w pierwszym składzie jeszcze nie dostał szansy, a na występ w Lidze Europy może w ogóle nie doczekać. Powód jest czysto regulaminowy, ale dla młodego skrzydłowego brutalny.

Do 5 lutego FC Porto musi zgłosić zawodników uprawnionych do gry w europejskich pucharach. Klub może dopisać maksymalnie trzech nowych piłkarzy, tymczasem zimą do zespołu dołączyło aż czterech. To oznacza, że jeden z nich zostanie pominięty.

Padnie na Polaka?

Portugalczycy spekulują, że wybór padnie właśnie na Polaka. Portal ojogo.pt stwierdził wprost, że to 17-letni skrzydłowy ma zostać poza kadrą na Ligę Europy. Podobne stanowisko zaprezentował serwis Mercado Azul w serwisie X, który również wskazał Pietuszewskiego jako najbardziej prawdopodobnego „przegranego” tej selekcji.

Decyzji jeszcze nie podjęto, jednak ma ona zapaść najpóźniej do końca najbliższego czwartku. Wciąż więc pozostaje cień nadziei, że Farioli zdecyduje się jednak na odważniejszy wariant. Niezagrożona wydaje się natomiast pozycja Thiago Silvy, który regularnie pojawia się na boisku i tworzy blok defensywny z Janem Bednarkiem oraz Jakubem Kiwiorem.

Nawet jeśli Pietuszewski nie zagra w Lidze Europy, jego sezon wcale nie musi być stracony. FC Porto wciąż rywalizuje na dwóch innych frontach. W lidze portugalskiej drużyna Polaków walczy o mistrzostwo, a w Pucharze Portugalii awansowała już do półfinału. Dla 17-latka to nadal przestrzeń do regularnej gry i budowania pozycji.

Źródło: ojogo.pt, Mercado Azul, sport.pl

Lech nie przekonał Szkotów. Celtic twardo stawia warunki w sprawie Palmy

Lech Poznań nie odpuszcza walki o Luisa Palmę, a rozmowy z Celtikiem Glasgow utknęły w martwym punkcie. Szkockie media ujawnili szczegóły negocjacji. Kwota wykupu wciąż pozostaje nie do zaakceptowania dla mistrza Polski.

Brak porozumienia ws. Honduranina

Szkockie media poinformowały w czwartek, 29 stycznia 2026 roku, że Lech Poznań nadal negocjuje z Celtikiem Glasgow w sprawie definitywnego wykupu Luisa Palmy. Według doniesień z Wysp najnowsza propozycja złożona przez mistrza Polski została jednak odrzucona.

Dzień później portal „The Celtic Star”, cytowany przez stronę „kkslech.com”, podał kolejne informacje zza kulis. Według serwisu prezes Lecha Piotr Rutkowski regularnie kontaktuje się z władzami Celtiku, ale jego oferty nie spełniają oczekiwań szkockiego klubu. Negocjacje trwają, jednak stanowisko Celtiku pozostaje niezmienne.

W opublikowanym materiale szkocki portal ujawnił konkretną kwotę, od której Celtic zaczyna rozmowy.

– Uważa się, że Celtic wycenia Luisa Palmę na około 3,5 miliona funtów, co Piotr Rutkowski bezskutecznie próbował wynegocjować w drodze regularnych rozmów z zarządem Celtiku – czytamy.

3,5 miliona funtów to około 4 miliony euro, czyli w przeliczeniu blisko 17 milionów złotych. Taka suma od początku pojawiała się przy okazji wypożyczenia Honduranina na rok z opcją wykupu, dlatego dla Lecha nie jest ona zaskoczeniem. Jednocześnie to kwota, która znacząco przekracza dotychczasowe realia transferowe klubu z Poznania.

26-letni pomocnik ma kontrakt z Celtikiem ważny do 30 czerwca 2028 roku. We wszystkich rozgrywkach zdobył 6 bramek i zanotował 5 asyst. Ewentualny wykup Luisa Palmy oznaczałby dla Lecha pobicie klubowego rekordu transferowego.

Źródło: kkslech.com, The Celtic Star

EkstraklasaTrolls.pl
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.